Archive for Marzec, 2010

Mar 29 2010

Wiosna – sezon balkonowy uznajemy za otwarty

Published by under Inne

Ponieważ zrobiło się ciepło, a wszystkie ważne szczepienia już działają, nasze kochane maleństwa zostały wypuszczone na balkon. Nie podejrzewałam, ile radości małym kotkom mogą dostarczyć 2 m3 świeżego powietrza. Przesiadują na balkonie całe dnie obserwując kawki, które wydziubały sobie dziurę na gniazdo pod okapem dachu. Patrzą też na gołębie, sroki i wrony, które latają koło naszego domu i przysiadają na dachu bloku naprzeciwko. Maluchy nauczyły się od starszych szczekać na niedostępną zdobycz. Szczekają więc małe i duże, dodatkowo Milva wyje i próbuje zagnać Donnę do domu. Nie wiem dlaczego, ale właśnie ta koteczka jest jej ukochanym dzieckiem. Kilka razy Milva wnosiła Donnę do domu, trzymając ja za kark, albo zaganiała ją przed sobą, głośno miaucząc. Nic a nic nie przeszkadza jej wylegujący się na półeczce Donald, czy Diane. Ważne jest, żeby Donna była bezpieczna. Na szczęście już po kilku dniach balkonowego wietrzenia, troskliwa kocia mama pozwoliła ukochanej córce wygrzewać się w promieniach słonecznych bez dozoru, z czego nasza wdzięczna szylkretunia skwapliwie korzysta.

Standardowo reszta balkonowych zdjęć w Galerii D-miotu.

Share

No responses yet

Mar 22 2010

Marcowi jubilaci

Published by under Inne

Marzec, to u nas miesiąc kocich urodzin. A właściwie urodzin kocurzych. 10.03 urodziny miał Sydney. Nasz głupiutki, chudy, niebieski kotek skończył w tym roku 5 lat. Myślicie, że jak na pięciolatka przystało, zrobił się dostojnym, spokojnym kotkiem? Nic bardziej mylnego. To wieczny szałaput, który wyskakiwanie zza węgła i pogoń przez całe mieszkanie, ze skręcaniem przy dźwiękach dartego parkietu, uważa za najlepszą zabawę. Jego sposób zabawy rozumie tylko Józka i kociaki, jeśli akurat jakieś dorastają w naszym domu. Wszystkie inne koty biorą to za atak i zabawa przestaje być zabawą. Wiele radości sprawia mu też denerwowanie Duffiego. Sydney z wielką radością zajmuje mu jego ulubione miejsca, kładzie się tam do góry brzuchem lub wyciąga na całą swoją długość (a długi, to on jest, trzeba przyznać) i czeka, kiedy król przyjdzie upomnieć się o należne mu miejsce. A król przychodzi i jest wściekły. Nasz drugi marcowy jubilat, Duffy, nie przepada bowiem za swoim młodszym kolegą, żeby nie powiedzieć wprost – bardzo go nie lubi. Bo jakże lubić kogoś, kto wyskakuje zza kanapy i macha łapami przed nosem? Jak się nie denerwować takim zachowaniami, kiedy ma się 11 lat (urodziny już w najbliższą środę, 24.03) i jest się naprawdę poważnym kotkiem? Wszystkiego najlepszego moi niebiescy panowie, samych radości w życiu i niech wam te rozrabiaki (które tu, na zdjęciu, wyglądają tak niewinnie) bardzo nie dokuczają.

Share

One response so far

Mar 08 2010

Kocięta czy koty

Published by under Inne

Jak patrzę na rosnące Milvowe kociaki, zastanawiam się, kiedy przekroczyły granicę, przeistaczając się ze słodkich kuleczek w całkiem poważne kocie podrostki. Wciąż słodkie, oczywiście, ale jednak podrostki. Skończyły się przespane nieprzerwanym snem poranki. Skończyło zostawianie długopisów, ołówków i innych dobrze turlających się przedmiotów w pozornie niedostępnych miejscach. Teraz wszystkie miejsca są dostępne. Dlatego należy głęboko chować wszystko, na czym na zależy, ot choćby słuchawki do telefonu. Cieniutkie kabelki maję tę właściwość, że same, nie wiadomo jak, znajdują się w ostrych jak igiełki, mlecznych kocich ząbkach.

Nadszedł bowiem czas uważności, czas nakrywania twarzy kołdrą co rano, kiedy radosna przebiegająca hałastra traktuje cię, jak integralną część łóżka. Czas chodzenia krokiem posuwistym, żeby nie zdeptać małych łapek, materializujących się wraz z futrzastym ciałkiem, które niosą, nagle pod twoimi nogami, a przecież jesteś pewien, że ułamek sekundy temu ich tu nie było… Ja jednak bardzo lubię ten czas w życiu kociąt, bo to już jest czas zabawy – wszystko, co dobrze się turla można wynieść w zębach i poturlać po podłodze, najlepiej oczywiście o 5 rano. Ale oczywiście, to także my możemy się pobawić z kociakiem w turlanie piłeczki, czy przynoszenie zabawkowej grzechoczącej myszki. Możemy zabawić kociaki rzemykami na patyku, patrząc, który wyżej podskoczy lub który szybciej złapie rzemyki w zęby i, groźnie warcząc, będzie chciał nam zabrać całą zabawkę. Więc to chyba już są małe koty. Już można coś o nich powiedzieć, każdego z nich przedstawić.
Jedyny mężczyzna w tym gronie Donald, czarny Diabeł, który, ani nie jest kruczoczarny, ani nie ma diabelskiego charakteru. To czekoladowy Miś. Zabawka, Przytulanka. Wielki, futrzasty, od wygrzewania się na wiosennym (wciąż mamy nadzieję na odejście zimy) słoneczku brązowiutki Kocur.
Dziewczyny. Każda inna. Pierworodna Diane… Nazwałam ją Purchawką, nie dlatego, że się nadyma, ale że od urodzenia jest okrągła. To kolejne wcielenie babci Frygi i pradziadka Grepsa. Przecudny okrąglutki kotek norweski leśny w starszym typie. Niski na łapkach, ale nie za krótki, z przepiękną głową, ale nie za długą. No i futro. Futro, które dodaje jej krągłości, można czesać z przedziałkiem i zaplatać w warkoczyki. Diane jest bardziej niezależna, ale ma charakterek – to ona, warcząc, nosi w zębach „upolowane” zabawki.
Donna – złocista i letnia, jak dawczyni jej imienia. Wesoła  i psotna. Kiedy biegnie, jej ruda końcówka ogonka, jak malutki ogienek, pokazuje trasę, którą przebiegła. Bo kota, rzecz jasna, nie ma tam już ani śladu. Budową inna niż siostra – trochę drobniejsza, wyższa, z dłuższą głową i zupełnie innym futrem.
Wszystkie trzy razem? To trochę jak tajfun, a trochę, jak miłe ukojenie, kiedy położą się obok mnie i dadzą głaskać. Cóż… to magia kota.

Więcej zdjęć w galerii miotu

Share

One response so far