Mar 13 2011

Coś się kończy, coś się zaczyna

Napisane przez o 12:27 pm w Inne

Nie jestem w świecie hodowców kotów norweskich od jego zarania. Nie dane mi było oglądać pierwszej pary kotów norweskich sprowadzonych do Polski w 1990 roku. Pierwsza norweska kotka zamieszkała z nami we wrześniu 1996 roku. Nie była córką tych pierwszych kotów, ale córką drugiego kocura i drugiej kotki sprowadzonej do Polski. Kiedy zaczynałam swoją przygodę z kotami norweskimi, hodowli tych kotów w Polsce było kilka, wszyscy znaliśmy się dobrze i spotykaliśmy na wystawach, na których prezentowane były 2 do 5 koty norweskie leśne. Skutkowało to tym, że byłam w stanie wymienić, jakie kocięta i po jakich rodzicach urodziły się w tych hodowlach. Było to możliwe także dlatego, że w hodowlach tych mieszkały 1-3 kotki, a kocurów w Polsce było kilka. Porządek był taki: córki Sardanasa były kryte Grepsem, córki Grepsa, Calvinem, córki Calvina Odinem… Później kocurów pojawiło się więcej, ale i tak można było przewidzieć, że córka Grepsa lub Calvina zostanie pokryta Cyranem lub Aaronem. Dlatego te pierwsze nasze koty nie są anonimowe. Dlatego, kiedy odchodzą, mimo że przecież to nie czas jeszcze na nie, tak bardzo jest nam wszystkim smutno. Bo uczestniczyliśmy w ich narodzinach, obserwowaliśmy ich rozwój, ich sukcesy wystawowe, ich potomstwo… To nie jest kot z jakiegoś miotu z hodowli, której nazwa nic mi nie powie, tylko konkretny kot – dziecko Odina, wnuk Calvina, czy prawnuk legendarnego Bjornstierna. I odchodzą. Kiedy ludzie szukający norwega dla siebie pytają, jak długo żyje kot norweski leśny, zawsze odpowiadam – ciągle z krótko. Choćby żył i 20 lat, to ciągle jest to krócej, niż my i ciągle pozostawiają nas w smutku i żałobie. A odchodzą na to, na co wszystkie koty – czyli na choroby układu moczowego i na choroby cywilizacyjne, czyli nowotwory. Odchodzą nagle, zawsze za wcześnie, nie dając żadnych sygnałów, że coś się z nimi złego dzieje. Bo taki już jest kot, kiedy zobaczymy, że coś z nim jest nie tak, zwykle jest już za późno na pomoc.
Rok 2011 zaczął się stratą. Dla mnie tym dotkliwszą, że odeszły koty moich znajomych, przyjaciół, koty blisko spokrewnione z moimi i w tym samym, co moje koty, wieku. Odeszło dwoje dzieci Odina, Lilu U’Lidy, przyrodnia siostra Milvy i jednocześnie babcia jej miotu F. Odszedł Jankes U’Lidy, przyrodni brat Milvy, który był w tym samym wieku i startował na wystawach w tej samej grupie kolorystycznej, więc spotykaliśmy się bardzo często. Pozostaną nam wspomnienia i zdjęcia z wystaw, jak te w Bratysławie i w Wiedniu, jesienią 2004 roku, gdzie pojechałyśmy z Megi, właścicielką Jankesa (Jankes mieszkał w hodowli Gaissa*PL).
A zaczyna się, już jakiś czas temu się zaczął, czas anonimowych hodowli, czas nieznanych kotów, tak wielu miotów, że trudno powiedzieć, co się u w jakiej hodowli urodziło i po jakich rodzicach. Dla hodowli, to chyba lepiej, większa różnorodność. Ale my, którzy z tymi kotami mieszkamy, coraz częściej tęsknimy do czasów, kiedy było nas mniej, a koty nie były anonimowe.

Share

Bez komanetrzy

Trackback URI | Comments RSS

Zostaw komentarz