Archive for Październik, 2012

Paź 28 2012

Małe eM i małe eS, czyli koty to nie wszystko

Published by under Inne,Prywatne

Wciąż zastanawiam się, jakimi ludźmi byliby moi synowie, gdyby nie nasze koty. Czego one ich nauczyły, jak oni skorzystali, że od prawie zawsze mieszkały z nimi. Nie byli jakoś specjalnie mali, kiedy pierwszy kot, a właściwie pierwsza kotka, szylkretka Nala, zjawiła się u nas w domu, nie musiałam ich uczyć, że kota się za ogon nie ciągnie, nie ściska, na siłę nie przytrzymuje. eS miał półtora roku, a eM jest 3 lata starszy. Nala miała 3 miesiące i była bardzo spokojnym i tolerancyjnym kotkiem. Kiedy miała dość tulenia przez malutkie spocone rączki, po prostu wiotczała w objęciach, wysmykiwała się i chowała w niedostępne miejsce. Uczyli się siebie nawzajem – że kot nie lubi krzyków, pisków, biegania, a nadmiernie, mimo protestów tulony, po prostu się schowa i nigdy nie przyjdzie. Nauczyli się, że o względy kota trzeba zabiegać. Że jak się kotu popędzi kota, to nie ma co liczyć na to, że przyjdzie się w nocy przytulić. A taki ciepły mruczący kotek jest lepszy do spania niż każdy miś przytulanka. Nauczyli się patrzeć i słuchać. „Dafciu, czy ty się aby dobrze czujesz? Jesteś dzisiaj taki bledziutki” – pytał eM ulubionego kotka, bacznie mu się przyglądając. „Mamo, Sydney nie zjadł dzisiaj obiadu. A teraz siedzi pod krzesłem i jak chcę go pogłaskać to się kuli, jakbym go kiedykolwiek uderzył. A przecież ja go nigdy nie uderzyłem. Musisz zaraz przyjechać, jemu coś jest” – eS zadzwonił do mnie bardzo przejęty z tą informacją. „Ale czy mam już przyjeżdżać? – pytam. „Na twoim miejscu rzuciłbym wszystko i przyjeżdżał w te pędy” – kategorycznie powiedział eS. I miał rację. Nasz wet przy temperaturze 41,5°C wyjął kotu termometr z pupy, nie czekając aż skończy mierzyć i zapika, i zaczął dokładnie kota oglądać – co też mogło doprowadzić do takiego stanu, że zaraz białko w kocie się zetnie.

Koty młodym ludziom zawdzięczały super socjalizację – przetrwały wiele młodzieżowych imprez, służyły za pretekst do odwiedzin dla przemiłych koleżanek (kiedyś zapraszało się koleżanki na znaczki, na pocztówki, a eM i eS zapraszali na kotki: „Mamy małe kotki, chcesz przyjść zobaczyć?”). Widzę teraz brak tych odwiedzin – kolejne generacje Agpamisów nie są już tak odważne i bezpośrednie.
A jak na obecności kotów w domu skorzystali rodzice, czyli my? Dzięki kotom łatwiej było nam porozmawiać z dziećmi na temat seksu i prokreacji. „Ja wszystko rozumiem” – powiedział eM – „żeby kotka miała kocięta, musi pojechać do kocura. Tylko proszę, powiedz mi, jak on to robi, że ona ma je w środku?”. Nauczyliśmy się, że we wszystkim ważny jest umiar. „Bo ty koty kochasz bardziej niż nas” – powiedział kiedyś, bardzo dawno temu eS, a ja szybko policzyłam, że prawie każdy weekend spędzam z kotami na wystawach, a nie z dziećmi. Przystopowałam i zobaczyłam, że jakkolwiek bardzo kocham moje koty, to mam w życiu jeszcze wiele innych obszarów, dziedzin, które są dla mnie tak samo lub jeszcze bardziej ważne i że nie może być tak, że koty przesłonią mi cały świat. Bo wtedy stracę dystans. Koty są ważną częścią mojego życia, ale nie mogą, pod żadnym pozorem nie mogą być jedynym tematem rozmów. Przecież mam książki, mam teatr, mam muzykę, mam góry, rzeki i lasy. Mam eM, eS i Pe.
W tym roku, po wakacyjnym remoncie eS zamknął swój pokój przed kotami, ale ostatnio powiedział: „Ależ tęsknię za tymi ciepłymi futerkami, które przytulają się w nocy, jednak lubię też moje ubrania w szafie bez futra. Jak to pogodzić?”. Ja nie wiem.

Share

One response so far

Paź 16 2012

W dużym ciele małe cielę

Published by under Hodowla,Kocięta,NFO

Tak to już jest – każdy chciałby maciupeńkiego kota, najlepiej takiego, który mieści się na dłoni, jest bezbronny, całkowicie zdany na naszą łaskę – budzi uczucia macierzyńskie. No bo, jak nie kochać puchatego maleństwa z okrągłym czółkiem, okrągłymi oczami (często lekko zezującymi), którymi wpatruje się w nas z bezbrzeżną miłością?
Ludzie zazwyczaj nie łączą późniejszych niepożądanych zachowań kociego domownika z tym, że został za wcześnie odebrany z rodzinnego domu (oj, bo w końcu szczeniaki można już zabrać od matki 6-tygodniowe, nie? Chyba jednak to też mit…). A czym się różni kot od psa? Właściwie wszystkim.
Za wcześniejszą adopcją psich dzieci przemawia (o ile dobrze pamiętam) wdrukowanie nowego człowieka jako przewodnika stada. A czy kot żyje w stadzie? Czy ma przewodnika? Wcześniejsze zabranie kociaka od matki (tak naprawdę przed ukończeniem 3 miesięcy) skutkuje choćby nieumiejętnością zabawy bez wyciągania pazurów. Kto widział bawiące się kocięta, ten dobrze wie, o jakiej nauce mówię. Także ten, kto widział starsze koty strofujące podrostka, który właśnie wbił się zębami w poruszający się dostojnie koniuszek kociego ogona. Taki kociak po odebraniu stosownych nauk w kocim przedszkolu i zerówce wie dobrze – jak mocno można ugryźć i jak daleko wysunąć pazury. Za wcześnie zabrany od matki i rodzeństwa kociak będzie się rzucał na nasze nogi i ręce (w końcu, skoro nie ma rodzeństwa, a ma w genach zapisaną na ten czas edukacyjną zabawę, to my stajemy się jego poligonem). A później już pozostajemy – bo chyba jesteśmy kotami, prawda? Innego stada nasz kot nie pamięta. Goście są traktowani jak koty intruzy wchodzące na terytorium i są też atakowani, albo – jeśli nasz koci domownik jest bardziej nieśmiały, nie wychodzi w ogóle z kryjówki i nasi goście opowiadają później: „Byłem już u nich tyle razy, podobno mają kota, nigdy go nie widziałem”. Sytuacja taka może trwać latami, a w ekstremalnych przypadkach nawet do końca życia kota.
Kot potrzebuje czasu, nauki. Ale nauki nie od człowieka, tylko do drugiego kota – jak się bawić, czego się bać, co jeść. Półroczny, roczny, a nawet dwuletni kot jest wciąż kociakiem. Jest tą samą puszystą kulką patrzącą niewinnym spojrzeniem, zamkniętą w większym nieco ciele. Wystarczy bodziec, zachęta i już – mamy super zabawowicza. Ale zabawowicza, o którego charakterze możemy już powiedzieć prawie wszystko.
Wiele radości, śmiechu, masażu przeponą wątroby dostarczyły nam ostatnio czworonogi tych dwóch gatunków. Odwiedziły nas dwa cavaliery – dostojny pięciolatek Tobi i postrzelona półtoraroczna Florka. Grant nie odstępował ich ani na krok. Cytując wieszcza: „Gdzie ty, tam ja”. Na początek wygięty w pałąk z ogonem (też w pałąk, jak lisia kita). Koniec był taki, że Florka szczekała zachęcająco, przypadała do ziemi, by za chwilę uciekać, drapiąc pazurami parkiet – kot za nią. Już nie pałąk, no może trochę na pazurkach, żeby być wyższym kotkiem, ale ogon zadarty do góry. Laurie obserwował zabawę z bezpiecznej odległości. Dzidzia koniecznie chciała się bawić – ona tak uwielbia ganianki – ale czemu ten kot jest taki głośny, czemu tak macha ogonem (chociaż nie wygląda na zdenerwowanego, raczej na radosnego) – raz czy dwa pogniła za Florką, ale wróciła szybciutko na bezpieczną pozycję na dolnym poziomie drapaka. Pozostałe koty obserwowały tę jazgotliwą rudo-białą sukę z parapetu, drapaka, kanapy. Ale nie uciekały. Wyraźnie były zainteresowane. Czy o Florce powiemy szczeniak (mimo jej półtora roku)? Oczywiście. Tak samo i Dzidzia jest kociakiem (chociaż ukrytym w 6,5-kilogramowym ciele), a już na pewno kociakami są Hugh Grant i Hugh Laurie. A że podrośnięte? Dzięki temu wiadomo wiele o ich charakterach, upodobaniach, zwyczajach. Ponieważ są starsze, łatwiej znoszą nieobecność domowników, wystarczą im dwa posiłki dziennie. Ale w środku są wciąż kocimi dziećmi. Chętnymi do zabawy i w kilka chwil adaptującymi się do nowych warunków.
(Zdjęć w ruchu nie będzie, bo były w ruchu 😉 za to kilka zdjęć zabawy dwóch kotów jedną zabawką).

Share

2 komentarze