Archive for the 'Inne' Category

Mar 01 2015

Najmniejsza kotka świata, porażka hodowlana, tak naprawdę, o co chodzi?

Published by under Hodowla,Inne

SydneyPonadroczny brak wpisów na stronie był wynikiem wydarzeń ostatniego okresu. Po pierwsze wiosną 2014 roku zachorował Sydney, opuszczając nas na początku lata. Kotka Jamie Lee z ostatniego miotu Milvy, która została z nami, przysparzała mi kolejnych siwych włosów i spędzała sen z powiek swoim niejedzeniem. Po prostu stwierdziła, że jedzenie jest przereklamowane, wszystko, co jej podaję – niesmaczne, ona skubnie łaskawie tyle, żeby nie paść z głodu, ale nie tyle, żeby urosnąć. No więc – nie urosła. Ale o tym potem. Jakby tego było mało kotka Dzidzia, oszustka i darmozjad, o której pisałam tutaj (Dzidzia oszustka), wczesną jesienią zaczęła mieć objawy padaczki. Takie przypadłości, jak widać, zdarzają się w rodzinach, w których się wcześniej nie zdarzały, więc pozostaje nam tylko podawać jej leki (skoro jej choroba nie ma podłoża metabolicznego ani innej widocznej przyczyny) i mieć nadzieję, że ataki nie będą już jej męczyły. Dzidzia sprawia nam tyle radości swoim charakterem, potrzebą towarzyszenia, przytulenia się, wejścia pod kołdrę i przytulenia się całym swoim wielkim cielskiem. Natomiast jej mama – Józia – postanowiła, że już nie chce mieć dzieci i od ponad roku nie daje się pokryć kolejnym kocurom. Wraz z doktorem specjalistą zachodzimy w głowę, o co tu może chodzić i dlaczego tak się dzieje. Wciąż próbujemy, a ja jestem przygnębiona, ponieważ w tej chwili w Polsce w hodowli nie ma żadnego jej dziecka. W sierpniu nagle i niespodziewanie odeszła jej wnuczka Vibi, mieszkająca z Rafałem i Norbertem (Nordrassil), zabierając ze sobą liczny miot, który nosiła pod sercem, a którego wielkość była przyczyną jej śmierci, pozostawiając wszystkich w ogromnej rozpaczy. Pozostała Emma Thompson, mieszkająca z Olgą i Łukaszem (Nordhouse). Czy uda się kontynuować tę linię dzięki niej? Zobaczymy.
W sierpniu 2014 roku u Magdy, w hodowli Gaissa (Gaissa) urodziły się ostatnie dzieci Sydneya. Sydney przekazał im to, co miał najcenniejszego – uspokajające mruczenie i skłonność do psot. Vlana – matka kociąt za to nauczyła je ogrodnictwa. Wszystkie – ku radości swoich nowych właścicieli – wykopują im kwiatki, a następnie ziejących ogniem furii dwunogów uspokajają relaksującym mruczeniem 😉 Z nami zamieszkał czarno-biały Gjallarhorn, po domowemu Kropek (ale o nim w osobnym wpisie później).
Tak to właśnie moja hodowla (powoli zbliżająca się do pełnoletniości 😉 jakże ten tempus fugit) stała się hodowlą kastratów i emerytów. Fryga pod koniec zeszłego roku skończyła 14 lat. Duffy za miesiąc obchodził będzie 16. urodziny, a niedługo po nim Milva 12.
Ale co z tą porażką? Powróćmy do Jamie Lee. Nazywanej Kiciunią albo Małą Burą. Kiciunia nie jadła, Kenneth013więc nie urosła. Nawet Milva, jej mama, była większa w jej wieku. Pod koniec listopada zdecydowałam, że mimo wszystko spróbuję Kiciunię pokryć. Wybrałam dla niej kocura – nie za dużego, ale za to najpiękniejszego pod słońcem – Fafnira Gaissa – i na początku grudnia ją do niego zawiozłam. Krycia nikt nie widział i nikt nie słyszał. Ale już po tygodniu Kiciunia zaczęła jeść. Przestała grymasić (choć Keanu005barfa, mięsnej mieszanki, nadal nie tykała). Po kolejnych dwóch tygodniach pojawiły się oznaki ciąży, zaczęła też przybierać na wadze. Urosła, choć nadal była szczupła. Przytyła ponad kilogram. Zbliżał się termin porodu, ale nie komunikowała, że zamierza rodzić, a ja z Kropkiem wybierałam się 6 lutego na wystawę do Łodzi. W nocy z piątego na szóstego lutego obudził mnie pisk kociaka. Urodziła go sama. Oczyściła. Przełożyłam ich do koszyka, który stał obok łóżka. Kociak był nadspodziewanie duży. Zważyłam go – 135g. Kolos. Po dwóch godzinach pojawił się kolejny, jeszcze Kevin004większy – 145g, a po kolejnej godzinie najmniejszy z trójki 130-gramowy. Przepiękne trzy chłopaki urodzone samodzielnie bez jakichkolwiek problemów. Przybierają rewelacyjnie, Kiciunia opiekuje się nimi bezbłędnie. Będę obserwować ich rozwój, ale porażkę hodowlaną muszę odszczekać. Kicia nadal je. Nawet barfa. Może pasmo kłopotów skończyło się wraz z zeszłym rokiem (przyniósł on także rozpacz i żałobę Brigitte (Harpsicat ) i uda nam się także i Józię namówić na dzieci.

Share

No responses yet

Gru 29 2013

Kocie wychowanie

Published by under Hodowla,Inne,Kocięta

Johnny_034Znajomi przychodzą do mnie, zasiadają przed kojcem i mimo zimnej podłogi, patrzą godzinami na kocięta. To kino, które można oglądać bez końca. A najwięcej radości daje wypuszczenie szarańczy na trochę do pokoju, żeby się wybiegała. Kociaki zachowują się wtedy, jak raczkujące już dziecko, wypuszczone z kojca. Biegają, skaczą, eksplorują wszystkie kąty pokoju, próbują wspinać się na drapak, nie zważając na osiąganą wysokość. Widać, że nie czytały „Kubusia Puchatka” i nie wiedzą, że „jagulary potrafią po drzewach chodzić tylko w górę, bo w dół ich ogony wchodzą im w drogę”. Tę mądrość posiadła natomiast matka tej szarańczy, która pilnuje towarzystwa, i kiedy widzi małolata wspinającego się niebezpiecznie wysoko, podbiega do niego i ciągnie w dół za ogon, Johnny_023pupę lub grzbiet. Czasami tylko słyszę, jak mówi do wspinającego się smarka – „syneczku, pamiętaj, wchodzisz tylko tam, skąd sam umiesz zejść”. Gadaj zdrów. Lezie toto wyżej i wyżej. Wchodzi na półkę, na której śpi babcia, a ta nie życzy sobie, żeby jakiś rozbawiony drobiazg przeszkadzał jej w sjeście. Macha więc łapą i fuczy. A fuczenie takie kocie dziecko rozumie bezbłędnie – należy zmykać, bo w ruch pójdzie zaraz upazurzona łapa i wymierzy kilka klapsów niesfornemu basałykowi. O dziwo, kocia mama, nie złości się na starszyznę rodzinną (w przeciwieństwie do ludzkiej mamy, która zaraz by się żachnęła i takiej babci wykrzyczała, że jej dziecko ma prawo tu biegać, potrącać i łapać obślinionymi łapkami obcych za ubranie, ponieważ jest dzieckiem i mu wszystko wolno), o nie! Kocia mama jest mądra i wie, że starszym należy się spokój, a młodsi mają nauczyć się szacunku. Poza tym warto korzystać z mądrości starszych (bo jak to było z tym jajem? „Kura mu mówi: bądź głupsze, ale co można poradzić, kiedy ktoś się uprze”). Milvowe dzieci wychowywane są zatem z rozsądkiem i także ze spokojem starej matki, która dobrze wie, że w razie czego może liczyć na pomoc człowieka.
– No zdejmij go z tej półeczki. – Zdają się mówić jej oczy. – Widzisz, wlazł na samą górę, a teraz się drze, jak opętany.
Wstaję więc i zdejmuję. I powtarzam najmądrzejszą mądrość: Właź tylko tam, skąd będziesz umiał sam zejść. Ale on się wydziera na mnie oburzony: To jak mam się nauczyć, kiedy nie pozwalasz mi spróbować? Wczoraj mama mówiła, że ćwiczenie czyni mistrza, czy jakoś tak.
Odwieczny konflikt pokoleń. Nic się nie zmieniło. Oni chcą spróbować ciągle czegoś nowego, a my chcemy ich chronić przed porażką. Jednak, czy naprawdę życie musi być pasmem sukcesów? Może trzeba się przewrócić, żeby umieć się podnieść? Kolejna mądrość pokoleń? „Jak się nie przewrócis, to się nie naucys”. Coś w tym jednak jest. Może warto pozwolić się przewrócić, tylko być cały czas obok, żeby móc pocałować to starte kolano, „żeby się szybciej goiło”.

Share

No responses yet

Paź 31 2013

Darmozjad

Published by under Inne

JasioPrawdę śpiewały Alibabki w Wielkiej podróży Bolka i Lolka: „Płynie czas, mija czas, czas popędza stale nas…” i sama nie wiem kiedy, minęły dwa miesiące od poprzedniego wpisu. W tym czasie chłopcy I przeprowadzili się do nowych domów. Pierwszy Isaac wyjechał na Łotwę, towarzyszyć rodzinie, która wymarzyła sobie norwega, a w ich kraju nie ma hodowli tych pięknych kotów. Drugi Ira przeprowadził się na wybrzeże i umila chwile Dominice i jej rodzinie, stale próbując zaprzyjaźnić się z szynszylami. Na początku września Ilja wyjechał z Polski do Francji i zamieszkał w hodowli Harpsi’Cat. Najdłużej został z nami Ian, czyli Jasio, ale i on na początku października przeprowadził się do nowego domu (w sumie niedaleko) – i organizuje życie Dagmarze, Maćkowi i dwóm statecznym domowym kotkom Mrówie i Tosi.

DzidziaMieszkanie opustoszało, zostały same staruchy i… darmozjad. Skąd się wzięło to określenie, nie pamiętam. Chyba dawno temu ktoś nieżyczliwy tak nazwał kastraty mieszkające w hodowlach. I się przyjęło. Można więc powiedzieć, że u nas mieszkają trzy darmozjady – aczkolwiek dwa (kontynuując konwencję nieżyczliwego) zapracowały na dożywocie – to oczywiście Dafcio i Fryga. Ale trzeci darmozjad… to sama esencja darmozjada. Darmozjad jest kotką-kastratką, córką Józki i Sydneya, nazywa się Geena Davies, ale wszyscy mówią na nią Dzidzia. Dzidzia jest oszustką pierwszej wody – przez pierwsze kilkanaście miesięcy swojego życia udawała, że absolutnie nie może się od nas wyprowadzić, ponieważ obcy ludzie, którzy przychodzili ją oglądać, byli przerażający. Dla niej. Dla nas nic a nic. Inni obcy, ba, nawet psy, byli w porządku. Kiedy Dzidzia się zadomowiła, podrosła, zaczęła być Dzidzianieodłączną przyjaciółką swojego pradziadka Dafcia, upewniła się, że żadna siła jej stąd nie ruszy – pokazała wszystkim, że jest najcudowniejszym kotem świata. Kotkiem gadającym, włażącym pod kołdrę, towarzyszącym w wielu czynnościach, przytulającym się do innych kotów i ludzi. Ale dlaczego darmozjad – ktoś mógłby zapytać – nie może być kotką hodowlaną? Lub choćby wystawową? Otóż Dzidzia nie jest ani hodowlana, ani wystawowa. Wykastrowana w wieku 3,5 miesiąca może nam robić reklamę wyłącznie w domu. I, jak się okazuje, robi. Dafcio i DzidziaOstatnio ktoś o niej powiedział, że jest skrzyżowaniem kota z bykiem. Bo Dzidzia jest duża. Żeby nie powiedzieć – ogromna. Większa od mamy, większa i cięższa od pradziadka, z ogromną, puszystą, długą kitą, którą – jak mama i babcia – omiata i otula wszystko (i wszystkich, którzy są obok) – robi na gościach wrażenie. I cały czas uważa, że jest malutką kicią. Rzeczywiście – w tym geriatrycznym stadzie jej dwa lata i cztery miesiące, to naprawdę nic.

Share

No responses yet

Paź 28 2012

Małe eM i małe eS, czyli koty to nie wszystko

Published by under Inne,Prywatne

Wciąż zastanawiam się, jakimi ludźmi byliby moi synowie, gdyby nie nasze koty. Czego one ich nauczyły, jak oni skorzystali, że od prawie zawsze mieszkały z nimi. Nie byli jakoś specjalnie mali, kiedy pierwszy kot, a właściwie pierwsza kotka, szylkretka Nala, zjawiła się u nas w domu, nie musiałam ich uczyć, że kota się za ogon nie ciągnie, nie ściska, na siłę nie przytrzymuje. eS miał półtora roku, a eM jest 3 lata starszy. Nala miała 3 miesiące i była bardzo spokojnym i tolerancyjnym kotkiem. Kiedy miała dość tulenia przez malutkie spocone rączki, po prostu wiotczała w objęciach, wysmykiwała się i chowała w niedostępne miejsce. Uczyli się siebie nawzajem – że kot nie lubi krzyków, pisków, biegania, a nadmiernie, mimo protestów tulony, po prostu się schowa i nigdy nie przyjdzie. Nauczyli się, że o względy kota trzeba zabiegać. Że jak się kotu popędzi kota, to nie ma co liczyć na to, że przyjdzie się w nocy przytulić. A taki ciepły mruczący kotek jest lepszy do spania niż każdy miś przytulanka. Nauczyli się patrzeć i słuchać. „Dafciu, czy ty się aby dobrze czujesz? Jesteś dzisiaj taki bledziutki” – pytał eM ulubionego kotka, bacznie mu się przyglądając. „Mamo, Sydney nie zjadł dzisiaj obiadu. A teraz siedzi pod krzesłem i jak chcę go pogłaskać to się kuli, jakbym go kiedykolwiek uderzył. A przecież ja go nigdy nie uderzyłem. Musisz zaraz przyjechać, jemu coś jest” – eS zadzwonił do mnie bardzo przejęty z tą informacją. „Ale czy mam już przyjeżdżać? – pytam. „Na twoim miejscu rzuciłbym wszystko i przyjeżdżał w te pędy” – kategorycznie powiedział eS. I miał rację. Nasz wet przy temperaturze 41,5°C wyjął kotu termometr z pupy, nie czekając aż skończy mierzyć i zapika, i zaczął dokładnie kota oglądać – co też mogło doprowadzić do takiego stanu, że zaraz białko w kocie się zetnie.

Koty młodym ludziom zawdzięczały super socjalizację – przetrwały wiele młodzieżowych imprez, służyły za pretekst do odwiedzin dla przemiłych koleżanek (kiedyś zapraszało się koleżanki na znaczki, na pocztówki, a eM i eS zapraszali na kotki: „Mamy małe kotki, chcesz przyjść zobaczyć?”). Widzę teraz brak tych odwiedzin – kolejne generacje Agpamisów nie są już tak odważne i bezpośrednie.
A jak na obecności kotów w domu skorzystali rodzice, czyli my? Dzięki kotom łatwiej było nam porozmawiać z dziećmi na temat seksu i prokreacji. „Ja wszystko rozumiem” – powiedział eM – „żeby kotka miała kocięta, musi pojechać do kocura. Tylko proszę, powiedz mi, jak on to robi, że ona ma je w środku?”. Nauczyliśmy się, że we wszystkim ważny jest umiar. „Bo ty koty kochasz bardziej niż nas” – powiedział kiedyś, bardzo dawno temu eS, a ja szybko policzyłam, że prawie każdy weekend spędzam z kotami na wystawach, a nie z dziećmi. Przystopowałam i zobaczyłam, że jakkolwiek bardzo kocham moje koty, to mam w życiu jeszcze wiele innych obszarów, dziedzin, które są dla mnie tak samo lub jeszcze bardziej ważne i że nie może być tak, że koty przesłonią mi cały świat. Bo wtedy stracę dystans. Koty są ważną częścią mojego życia, ale nie mogą, pod żadnym pozorem nie mogą być jedynym tematem rozmów. Przecież mam książki, mam teatr, mam muzykę, mam góry, rzeki i lasy. Mam eM, eS i Pe.
W tym roku, po wakacyjnym remoncie eS zamknął swój pokój przed kotami, ale ostatnio powiedział: „Ależ tęsknię za tymi ciepłymi futerkami, które przytulają się w nocy, jednak lubię też moje ubrania w szafie bez futra. Jak to pogodzić?”. Ja nie wiem.

Share

One response so far

Wrz 07 2012

Mój kot prosto z nieba cz. 2

Published by under Inne

Ileż to czasu minęło od dnia, kiedy obiecywałam kontynuację? Liczyłam skrycie, że uda mi się obejrzeć jeszcze kilka odcinków tego cudownego amerykańskiego programu z ekstrawaganckim Jacksonem. Niestety program znikł z ekranów. Ale koty w moim domu nie znikły, co więcej – są też koty w innych domach. I koty zachowują się – tak jak dzieci – w sposób bardziej lub mniej akceptowalny przez domowników. O ile coraz częściej (choć nie tyle, co w krajach Zachodu) kiedy nie radzimy sobie z naszymi emocjami, korzystamy z porad psychologa lub terapeuty, o tyle, kiedy słyszymy „behawiorysta zwierzęcy”, uśmiechamy się pod wąsem. Z kotem do psychologa? Ludziom to się w głowach poprzewracało. Dzieci w Afryce głodują, a tu takie fanaberie. Poza tym kot, to tylko zwierzę, jak wiadomo złośliwe, więc kiedy sika poza kuwetą lub poza kuwetą robi kupę, daje po prosu wyraz swojego podłego charakteru. A jego „złośliwość” coraz bardziej irytuje domowników (wystarczy, że tylko jednego), domownik/domownicy głośno wyrażają swoje niezadowolenie i… Kot stresuje się coraz bardziej. I koło się zamyka.
Wniosek – albo przełamać się i skorzystać z usług szarlatana, czyli kociego psychologa, lub (jeśli absolutnie nie możemy się zmusić do takiego działania) znaleźć kontrowersyjnemu kotu nowy dom. Zwykle niepożądane zachowanie w nowym środowisku, wśród nowych ludzi, znika jak ręką odjął.

Lubię patrzeć na moje koty, na zależności stadne, na hierarchię. Co komu wolno, a kto nie waży się podskoczyć. Wiem dobrze, że wyjęcie choćby jednego ogniwa, zaburzy tę całą strukturę, dlatego z uwagą przyglądam się nestorom. Póki co – czują się dobrze. Pozycje w stadzie są zachowane. Dafcio wciąż nie ustępuje Sydneyowi, choć ten ostatni bezczelnie wchodzi na jego miejsca, przejmuje jego zachowania. Doszło do tego, że zaczął ze mną sypiać. No jeszcze nie NA mnie, ale te 20 cm od poduszki, to już postęp. Fryga nie daje się zagonić w kozi róg, choć co jakiś czas, któryś kot próbuje ją postraszyć. Jej przyglądam się szczególnie uważnie, bo 3 miesiące temu wykryto u niej nowotwór sutka i była operowana. Milva jakby się wzmocniła – zaczęła się (jak nigdy wcześniej) pojawiać w miejscach konfliktów, by zaprowadzić porządek. Józka głośnym fukaniem wyraża niezadowolenie ze zbytniej poufałości innych kotów. I to wystarczy. Bo jak Józia fuknie… to nikt nie podskoczy.

Share

No responses yet

Sie 18 2012

Jak Wojtuś został strażakiem, czyli…

Published by under Hodowla,Inne,Kocięta

jak ze słodkich maleństw wyrastają stare konie. Wszędzie, w każdej dziedzinie życia tak jest – na przykład – gdzie się podziali moi malutcy synkowie? Tym wielkim obcym facetom powtarzam ciągle – „Potworze, zeżarłeś mojego malutkiego synka, natychmiast go wypluj!”. Niestety, bezskutecznie. Malutkich synków już nie ma, podobnie jak malutkich kotków, słodziutkich, niewinnych, robiących cudne minki i galopujących przez sen. Teraz galopują w rzeczywistości, demolując, zrzucając wszystko, co na swej drodze spotkają. Albowiem sprawdzić trzeba, czy – długopis dobrze się turla, czy na pewno nakrętka od wody mineralnej jest szybka oraz czy w koszu na śmieci porzucono jakieś smakowitości, które dwunodzy uznali za niezdatne do konsumpcji. Ostatnio również eksplorowana jest półeczka pod lustrem w łazience (nie rozumiem tylko, dlaczego podczas naszej nieobecności duchem [w środku nocy] lub ciałem [w środku dnia]), zatem stawiany tam papier toaletowy przestał być poza zasięgiem kocięcych łap, a jak wszyscy dobrze wiemy – REWELACYJNIE się turla.
Gdzieś czytałam, że kolejne pokolenie szczurów jest inteligentniejsze od rodzicielskiego, ponadto jakimś cudem nabywa umiejętności przyswojonych przez antenatów. Mam wrażenie, że prawidłowość ta dotyczy także odwiecznego szczurzego wroga – kota. Z każdym kolejnym miotem słyszę od Pawła – „No takich kociąt, to jeszcze nie mieliśmy!”. I chyba coś w tym jest, bo kociąt odnajdujących papier toaletowy na półeczce jeszcze nie było. A może to wina Dzidzi – przerośniętego, ponad sześciokilogramowego maleństwa o wielkim ciele (i ogonie) i rozumku malutkiego kociaka. Dzidzia z powodu przeróżnych zawirowań, jak to mówią, „się u nas została” i, choć cały czas powtarzam, że muszę jej znaleźć dom, z każdym dniem wiem, że moje wymagania dotyczące tego domu rosną.
Więc może to Dzidzia pokazała małym demonom, gdzie chowamy rewelacyjnie turlający się papier toaletowy, jak można wejść do pudełka z chusteczkami do nosa i wygrzebać z niego wszystkie, co do jednej, a następnie większość rozszarpać, jak dziką zwierzynę. Ale może też dzięki Dzidzi małe demony nauczyły się przytulać i mruczeć, i szukać towarzystwa człowieka, choć towarzystwo drugiego kota jest równie fajne. Bo choć Dzidzia lubi towarzystwo kotów, uwielbia się do nich tulić – i tego nauczyły się, z całą pewnością od niej, maluchy. Dzidzia lubi też zamiauczeć z drugiego końca mieszkania, a zawołana, przyjść na chwilę, dać się pogłaskać po głowie, za uszkiem, pod brodą – i pójść gdzieś do swoich spraw. Lubi też wieczorem przyjść do łóżka, wepchnąć nos pod pachę, pod kołdrę, zrobić milion kółek, układać się w tę i w tamtą stronę, tak i siak, na tym i na tamtym boku, mrucząc zawzięcie, żeby w końcu pójść sobie spać gdzieś na sobie tylko znanym miejscu. I tak też zaczęły robić maluchy – przyjdą, pomruczą, powpychają się pod pachę, pod rękę, na głowę, sprawdzą, czy nogi, a zwłaszcza ich duże palce są na miejscu – auć! – i potem pójdą spać gdzieś.
Dzidzia i dwa razy Hugh – trzy słodziaki, niewiniątka, malutkie kotki mogłyby dostarczać takich wrażeń innym ludziom. Mogłyby wychowywać lub sprowadzać na drogę występku inne koty. Do tego są właśnie stworzone.

Share

No responses yet

Maj 13 2012

Późne macierzyństwo

Published by under Inne

Sprawa kontrowersyjna, budząca wiele emocji wśród hodowców, niehodowców, miłośników kotów, przeciwników hodowli, jako miejsca wyzysku zwierząt i żerowania na najsilniejszym instynkcie – zachowania gatunku. Jak powtarzają hodowcy z całego świata, zawsze znajda się ludzie, którzy będą mówić, że hodujesz koty dla kasy i że to niemoralne pozwolić kotu na prokreację w późnym wieku. Pewna holenderska hodowczyni pisze tak: „Matka mojego kocura Thjazi miała 12 lat, kiedy go urodziła, a rodzice mojego drugiego kocura Rodskjegg mieli 9 lat (matka) i 10 lat (ojciec), kiedy on przyszedł na świat w miocie złożonym z 4 kociąt”. Pod koniec zeszłego roku na stronie duńskiej hodowli Felis Jubatus pojawiła się informacja, że potomstwa doczekała się najstarsza para żyjących tam kotów, blisko 12-letnia Hroken Himmebla i Eric Segersal.
Co nam daje rozmnażanie starszych kotów, a konkretnie zdrowych starszych kotów, których potomstwo w poprzednich miotach było zdrowe, których przodkowie byli zdrowi i dożyli późnego wieku? Czy daje pewność, że zawsze wszyscy ich potomkowie też będą zdrowi? Czy dzięki temu unikniemy konieczności badań? Na pewno nie. Owszem, możemy mieć prawie pewność, że nie rozwiną się choroby genetyczne dziedziczone prosto jednogenowo, ale co do innych – nigdy pewności nie mamy. Dlatego zawsze warto zrobić badanie serca, warto też w późniejszym wieku robić badania krwi. Niezbędne są badania genetyczne na GSD IV.
Dlaczego więc warto? Ponieważ jednak jest duże prawdopodobieństwo, że potomstwo z długowiecznych linii także będzie żyć długo. Poza tym możemy wiele powiedzieć o prawdopodobnym rozwoju takich kotów. A to dla hodowcy ważne.
Kolejne dzieci Milvy przyszły na świat na kilka dni przed jej 9 urodzinami i miesiąc po 7 urodzinach ich ojca, Sydneya. Tym razem Milva zaszalała z rudością, a Sydney z parciem na męskich potomków – mamy więc 3 kocurki rude i 1 czarnego. Kocięta urodziły się duże i silne, ich rozwój nie odbiega od tempa rozwoju poprzednich miotów (poza późnym otwarciem oczu). W piątek skończyły 5 tygodni, od ponad tygodnia jedzą jeden stały posiłek, załatwiają się do kuwety, jak na mądre kociaki przystało. Są wesołe i silne. Umieją już bawić się piłeczkami, myszkami i grzechotkami. Uprawiają też kocie zapasy. Ot, normalne kocięta. A ich matka wcale nie wygląda na zmęczoną czy wyniszczoną.
A co mogę powiedzieć o ich rozwoju? Z całą pewnością obydwa klasycznie pręgowane koty – Hugh Grant i Humphrey Bogart będą miały piękne futro. Na mój gust gładki, rudy dymny Herbert von Karajan, będzie miał zadziwiająco mocne, jak na gładkiego włosy okrywowe. Najmniej puchaty dziś jest Hugh Laurie, ale ponieważ wszystkie dzieci  tej pary kotów, które widuję, kłopotów z futrem nie ma, raczej i on mieć nie powinien. Humphery i Hugh L. będą mieli raczej małe uszy (Milva tak mocno niesie tę cechę, nie wiadomo po kim i dlaczego), pozostała dwójka jak najbardziej prawidłowe, bez żadnych ekstremów w typie szwedzkim. Co poza tym? Z pewnością kocury będą duże i mocnej budowy – nawet te, które odziedziczyły długość i wysokość po ojcu, będą od niego mocniej zbudowane. Na pewno wszystkie będą mruczeć, na pewno też będą mieć szalone pomysły i lubić ganianki. Ach, i większość będzie miała cudowne pędzelki na uszach. Czy dla tych cech warto rozmnażać starsze koty? Ja myślę, że tak, zwłaszcza, że Milvy przodkowie (poza ojcem, który odszedł w wieku 6 lat, ale jego dzieci, o których wiem, dożywały późniejszego wieku) żyją i mają się dobrze – matka ma 11,5 roku, dziadkowie 12,5 i blisko 16. Rodzice Sydneya także żyją – ojciec ma 10,5 a matka blisko 13. Kolejne pokolenie albo jeszcze żyje, albo odeszło w podeszłym wieku.

Share

One response so far

Maj 07 2012

Zmiany

Published by under Inne

Zmiany są naturalną koleją rzeczy. Cały czas świat się zmienia, dzień zamienia się w noc, noc w dzień. Zima zamienia się w wiosnę, a wiosna w lato. Zmiany są motorem rozwoju, a może to rozwój jest motorem zmian. Najczęściej zmieniamy coś wokół siebie, kiedy to, co nas otacza przestaje nam się podobać, przestaje nas satysfakcjonować, czy w końcu, przestaje spełniać nasze oczekiwania. Zmiany nadeszły niespodziewanie i, nie mogę powiedzieć, nie kłamiąc, że były moim świadomym wyborem. Wyboru dokonał ktoś inny, ja jeszcze przez jakiś czas myślałam, że zmiany nie będą radykalne. Ale niestety, a może stety to, co mnie otaczało, przestało mi się podobać, przestało spełniać moje oczekiwania, a właściwie po prostu moje oczekiwania zawiodło.

Zatem trzymajmy się tego, że zmiany są motorem rozwoju, a rozwój jest motorem zmian. Bo czasem warto stanąć na głowie, żeby spojrzeć dookoła z innej perspektywy. Nic wtedy nie wygląda tak samo i dzięki temu możemy dostrzec wiele szczegółów.

O zmianach więcej niebawem, a teraz cieszmy się wiosną, która zamieniła się miejscami z latem. Cieszmy się latem więc, które buchnęło feerią barw i kolorów. Zapachów, pyłków, burz, grzmotów i rzęsistych deszczy. A z wiosną w naszym domu pojawiło się czerech wesołych chłopców, którzy z dnia na dzień zmieniają się i rozwijają. Więcej informacji niebawem na stronie z kociętami.

Share

No responses yet

Lis 13 2011

Wpływ imienia na kota

Published by under Inne,Kocięta

O kocich zachowaniach jeszcze będzie, teraz chciałabym napisać o wpływie imienia na kota. Coś w tym chyba musi być, bo kiedy dałam kotu na imię Ursus, wyrósł na małego niedźwiadka. Xantypa okazała się złośnicą, Angelina Jolie, Ava Gardner i Audrey Toutou wyrosły na przepiękne damy, a Fran Dresher wychowuje zaprzyjaźnionego mainecoona.  Że coś w tym musi być, podejrzewałam już jakiś czas temu, ale żeby aż tak? Tym razem, jak zawsze, nadając imiona, kierowałam się wyglądem kota. House – wiadomo, chromy, Guy Williams – przystojny, czarny, ale nie murzyn, Gregory Peck – pełna symetria i piękno. Geena Davis – od pierwszych chwil rosła, jak na drożdżach, jej imienniczka do malutkich nie należy. Ginger Rogers – pełna wdzięku i gracji blond piękność. Jednak w najśmielszych snach nie spodziewałam się tego, co z tych kocich osesków wyrośnie. Gregory Peck – blisko dwumetrowy najprzystojniejszy facet świata. Jego koci imiennik – czarujący mruczeniem (słychać go z drugiego pokoju) ogromny kot. Czy ktoś widział czteromiesięcznego kotka, który waży 3,5 kg? No ja w każdym razie nie widziałam. Ale mam przyjemność oglądać teraz. Jego wielka siostra, nie tak daleko za nim, tylko 3,2 kg. Ich drobniutka blondynowata siostrzyczka dużo mniejsza (2,7 kg) – ale do tańca musi właśnie być taka. A jak ona tańczy? Koty są zachwycone. Ja mniej. Przestałam już wieszać zasłonki. Chowam długopisy (bo dobrze się turlają). Doniczkę z araukarią okleiłam papierem (po uprzednim uzupełnieniu wykopanej przez House’a ziemi; siostra godnie go zastępuje). Z trudem udaje mi się wytłumaczyć Ginger, że araukaria, choć duża, nie nadaje się do drapania… A Ginger tańczy i, co gorsza, do tańca zaprasza rodzeństwo. I nie tylko! Kilka dni temu widziałam Dafcia biegającego za zabawką. Podrzucał ją, popychał łapą, BIEGAŁ, przewracał się na bok i łapami podrzucał zabaweczkę. Kiedy pojawiłam się w polu jego widzenia, zainteresowanie zabawą zniknęło, jak ręką odjął. Kilka razy rzuciłam mu zabawkę – bez reakcji… To znaczy, nie, reakcja była – politowanie we wzroku „i ty myślisz, kobieto, że ja się ruszę?”. I było, jak obiecywał – nie ruszył się.

Share

2 komentarze

Paź 23 2011

Mój kot prosto z nieba cz.1

Published by under Inne

Od kilku tygodni, co środę, z zaciekawieniem oglądam na TLC amerykański program „Mój kot z piekła rodem”. Myślę sobie, że właściciele kotów z hodowli raczej nie będą mieć takich problemów, jak te, z którymi borykają się bohaterowie tego programu. Większość kotów z hodowli łatwo się relaksuje i nie ma problemów z sypianiem w takiej pozycji, jak ta prezentowana przez Gregorego. Koty z hodowli zwykle nie rzucają się na domowników, nie gryzą i nie drapią z szaleństwem w oczach. Ale właściciele kotów rasowych bardzo często mogą się spotkać z każdą inną formą walki ze strachem, próbami pokazania, kto tu rządzi, czy też po prostu demonstracją, że kotu, w jego mniemaniu, dzieje się straszna krzywda.
Ostatni program otworzył mi oczy na problem, który dla mnie i mojej rodziny wielkim problemem nie jest, bo nasze koty, to nasze koty, a wanna, umywalka, czy brodzik, są tak zrobione, że łatwo można je umyć, ale myślę, że dla innych może być to kłopotliwe. Otóż od wielu już lat Fryga sika do brodzika. A jeśli nie do brodzika, to do umywalki. Jeszcze jakiś czas temu świadoma, że robi źle, kiedy ktoś wchodził do łazienki, a ona właśnie szykowała się do sikania w brodziku, wychodziła stamtąd, udając, że ot tak, po prostu weszła tam sprawdzić, czy jest czysto, sucho i w ogóle tak samo, jak wczoraj, z obrzydzeniem chodziła do kuwety, sikała, nie odwracając się nawet, wychodziła rakiem, i szybciutko uciekała.
Kiedy zaczęłam umiejscawiać w czasie pojawienie się tego zachowania, uświadomiłam sobie, że prawdopodobnie stało się to wtedy, kiedy zamieniłam wszystkie otwarte kuwety na kryte, bo zarówno ona, jak i Dafcio (już wtedy po kastracji) sikali na stojąco, co powodowało kałużę sików pod kuwetą i smród krystaliczny w łazience. Wiem, że sikanie do łazienkowej ceramiki nie jest tylko moim problemem, a raczej nie tylko mój kot tak robi.
Ostatni program Jacksona uświadomił mi, dlaczego tak się dzieje. Otóż – dominujący kot zawsze będzie sikał przy wejściu do kuwety, broniąc tym samym do niej dostępu innym kotom swoim zapachem. Kot, który walczy o pozycję będzie sikał wysoko. W takiej sytuacji Jackson zaleca otwarcie kuwet i postawienie tylu kuwet (głębokich, z wysokimi brzegami) w domu, ile jest kotów, plus jedna. W moim mieszkaniu jest to absolutnie niemożliwe… Sześć kuwet? A teraz, kiedy są kociaki, to nawet więcej? Niewykonalne. Dlatego akceptujemy sikanie do brodzika… cdn.

Share

No responses yet

Next »