Mar 01 2015

Najmniejsza kotka świata, porażka hodowlana, tak naprawdę, o co chodzi?

Napisane przez w Hodowla,Inne

SydneyPonadroczny brak wpisów na stronie był wynikiem wydarzeń ostatniego okresu. Po pierwsze wiosną 2014 roku zachorował Sydney, opuszczając nas na początku lata. Kotka Jamie Lee z ostatniego miotu Milvy, która została z nami, przysparzała mi kolejnych siwych włosów i spędzała sen z powiek swoim niejedzeniem. Po prostu stwierdziła, że jedzenie jest przereklamowane, wszystko, co jej podaję – niesmaczne, ona skubnie łaskawie tyle, żeby nie paść z głodu, ale nie tyle, żeby urosnąć. No więc – nie urosła. Ale o tym potem. Jakby tego było mało kotka Dzidzia, oszustka i darmozjad, o której pisałam tutaj (Dzidzia oszustka), wczesną jesienią zaczęła mieć objawy padaczki. Takie przypadłości, jak widać, zdarzają się w rodzinach, w których się wcześniej nie zdarzały, więc pozostaje nam tylko podawać jej leki (skoro jej choroba nie ma podłoża metabolicznego ani innej widocznej przyczyny) i mieć nadzieję, że ataki nie będą już jej męczyły. Dzidzia sprawia nam tyle radości swoim charakterem, potrzebą towarzyszenia, przytulenia się, wejścia pod kołdrę i przytulenia się całym swoim wielkim cielskiem. Natomiast jej mama – Józia – postanowiła, że już nie chce mieć dzieci i od ponad roku nie daje się pokryć kolejnym kocurom. Wraz z doktorem specjalistą zachodzimy w głowę, o co tu może chodzić i dlaczego tak się dzieje. Wciąż próbujemy, a ja jestem przygnębiona, ponieważ w tej chwili w Polsce w hodowli nie ma żadnego jej dziecka. W sierpniu nagle i niespodziewanie odeszła jej wnuczka Vibi, mieszkająca z Rafałem i Norbertem (Nordrassil), zabierając ze sobą liczny miot, który nosiła pod sercem, a którego wielkość była przyczyną jej śmierci, pozostawiając wszystkich w ogromnej rozpaczy. Pozostała Emma Thompson, mieszkająca z Olgą i Łukaszem (Nordhouse). Czy uda się kontynuować tę linię dzięki niej? Zobaczymy.
W sierpniu 2014 roku u Magdy, w hodowli Gaissa (Gaissa) urodziły się ostatnie dzieci Sydneya. Sydney przekazał im to, co miał najcenniejszego – uspokajające mruczenie i skłonność do psot. Vlana – matka kociąt za to nauczyła je ogrodnictwa. Wszystkie – ku radości swoich nowych właścicieli – wykopują im kwiatki, a następnie ziejących ogniem furii dwunogów uspokajają relaksującym mruczeniem 😉 Z nami zamieszkał czarno-biały Gjallarhorn, po domowemu Kropek (ale o nim w osobnym wpisie później).
Tak to właśnie moja hodowla (powoli zbliżająca się do pełnoletniości 😉 jakże ten tempus fugit) stała się hodowlą kastratów i emerytów. Fryga pod koniec zeszłego roku skończyła 14 lat. Duffy za miesiąc obchodził będzie 16. urodziny, a niedługo po nim Milva 12.
Ale co z tą porażką? Powróćmy do Jamie Lee. Nazywanej Kiciunią albo Małą Burą. Kiciunia nie jadła, Kenneth013więc nie urosła. Nawet Milva, jej mama, była większa w jej wieku. Pod koniec listopada zdecydowałam, że mimo wszystko spróbuję Kiciunię pokryć. Wybrałam dla niej kocura – nie za dużego, ale za to najpiękniejszego pod słońcem – Fafnira Gaissa – i na początku grudnia ją do niego zawiozłam. Krycia nikt nie widział i nikt nie słyszał. Ale już po tygodniu Kiciunia zaczęła jeść. Przestała grymasić (choć Keanu005barfa, mięsnej mieszanki, nadal nie tykała). Po kolejnych dwóch tygodniach pojawiły się oznaki ciąży, zaczęła też przybierać na wadze. Urosła, choć nadal była szczupła. Przytyła ponad kilogram. Zbliżał się termin porodu, ale nie komunikowała, że zamierza rodzić, a ja z Kropkiem wybierałam się 6 lutego na wystawę do Łodzi. W nocy z piątego na szóstego lutego obudził mnie pisk kociaka. Urodziła go sama. Oczyściła. Przełożyłam ich do koszyka, który stał obok łóżka. Kociak był nadspodziewanie duży. Zważyłam go – 135g. Kolos. Po dwóch godzinach pojawił się kolejny, jeszcze Kevin004większy – 145g, a po kolejnej godzinie najmniejszy z trójki 130-gramowy. Przepiękne trzy chłopaki urodzone samodzielnie bez jakichkolwiek problemów. Przybierają rewelacyjnie, Kiciunia opiekuje się nimi bezbłędnie. Będę obserwować ich rozwój, ale porażkę hodowlaną muszę odszczekać. Kicia nadal je. Nawet barfa. Może pasmo kłopotów skończyło się wraz z zeszłym rokiem (przyniósł on także rozpacz i żałobę Brigitte (Harpsicat ) i uda nam się także i Józię namówić na dzieci.

Share

Bez komentarzy

Gru 29 2013

Kocie wychowanie

Napisane przez w Hodowla,Inne,Kocięta

Johnny_034Znajomi przychodzą do mnie, zasiadają przed kojcem i mimo zimnej podłogi, patrzą godzinami na kocięta. To kino, które można oglądać bez końca. A najwięcej radości daje wypuszczenie szarańczy na trochę do pokoju, żeby się wybiegała. Kociaki zachowują się wtedy, jak raczkujące już dziecko, wypuszczone z kojca. Biegają, skaczą, eksplorują wszystkie kąty pokoju, próbują wspinać się na drapak, nie zważając na osiąganą wysokość. Widać, że nie czytały „Kubusia Puchatka” i nie wiedzą, że „jagulary potrafią po drzewach chodzić tylko w górę, bo w dół ich ogony wchodzą im w drogę”. Tę mądrość posiadła natomiast matka tej szarańczy, która pilnuje towarzystwa, i kiedy widzi małolata wspinającego się niebezpiecznie wysoko, podbiega do niego i ciągnie w dół za ogon, Johnny_023pupę lub grzbiet. Czasami tylko słyszę, jak mówi do wspinającego się smarka – „syneczku, pamiętaj, wchodzisz tylko tam, skąd sam umiesz zejść”. Gadaj zdrów. Lezie toto wyżej i wyżej. Wchodzi na półkę, na której śpi babcia, a ta nie życzy sobie, żeby jakiś rozbawiony drobiazg przeszkadzał jej w sjeście. Macha więc łapą i fuczy. A fuczenie takie kocie dziecko rozumie bezbłędnie – należy zmykać, bo w ruch pójdzie zaraz upazurzona łapa i wymierzy kilka klapsów niesfornemu basałykowi. O dziwo, kocia mama, nie złości się na starszyznę rodzinną (w przeciwieństwie do ludzkiej mamy, która zaraz by się żachnęła i takiej babci wykrzyczała, że jej dziecko ma prawo tu biegać, potrącać i łapać obślinionymi łapkami obcych za ubranie, ponieważ jest dzieckiem i mu wszystko wolno), o nie! Kocia mama jest mądra i wie, że starszym należy się spokój, a młodsi mają nauczyć się szacunku. Poza tym warto korzystać z mądrości starszych (bo jak to było z tym jajem? „Kura mu mówi: bądź głupsze, ale co można poradzić, kiedy ktoś się uprze”). Milvowe dzieci wychowywane są zatem z rozsądkiem i także ze spokojem starej matki, która dobrze wie, że w razie czego może liczyć na pomoc człowieka.
– No zdejmij go z tej półeczki. – Zdają się mówić jej oczy. – Widzisz, wlazł na samą górę, a teraz się drze, jak opętany.
Wstaję więc i zdejmuję. I powtarzam najmądrzejszą mądrość: Właź tylko tam, skąd będziesz umiał sam zejść. Ale on się wydziera na mnie oburzony: To jak mam się nauczyć, kiedy nie pozwalasz mi spróbować? Wczoraj mama mówiła, że ćwiczenie czyni mistrza, czy jakoś tak.
Odwieczny konflikt pokoleń. Nic się nie zmieniło. Oni chcą spróbować ciągle czegoś nowego, a my chcemy ich chronić przed porażką. Jednak, czy naprawdę życie musi być pasmem sukcesów? Może trzeba się przewrócić, żeby umieć się podnieść? Kolejna mądrość pokoleń? „Jak się nie przewrócis, to się nie naucys”. Coś w tym jednak jest. Może warto pozwolić się przewrócić, tylko być cały czas obok, żeby móc pocałować to starte kolano, „żeby się szybciej goiło”.

Share

Bez komentarzy

Gru 03 2013

Wyczekane…

Napisane przez w Hodowla,Kocięta

j-kotkiMożna by pomyśleć, że ledwo jedne kocięta opuściły nasz dom, a już pojawiły się kolejne. A przecież mamy tylko dwie kotki w hodowli… Jak to jest? Kiedy znaleźć czas na właściwą opiekę, socjalizację, wychowanie. Na kocięta Milvy, które miały być jej ostatnimi, czekałam blisko rok. Jeździłyśmy do Radomia i jeździłyśmy, i jakoś nic z tego nie wychodziło. Wreszcie na początku września powiedziałam jej: Miluniu kochana, z miesiąca na miesiąc nie robisz się coraz młodsza, zatem – Radom ostatniej szansy. Pojechała. Wróciła. Relacja z randki nie obfitowała w pikantne szczegóły. Zatem zrezygnowana czekałam, aż upłyną magiczne trzy tygodnie, żeby przekonać Qrikon02się, że i tym razem ciąży nie ma, i umówić Milunię na kastrację. Czas minął, oznak ciąży nie było, zrezygnowana chciałam pokazać koleżance, jakie to małe i białe sutki ma Milunia, przewróciłam ją do góry kołami – a tam… wielkie malinowe cosie! A jednak! Udało się! Radości nie było końca. Termin porodu wyliczyłam na 20 listopada. Nad ranem, w egipskich ciemnościach w poniedziałek 18 listopada obudził mnie pisk kocięcia. Rety, jak to się darło! Zerwałam się nieprzytomna. W koszyku obok pusto, pisk dobiega z przedpokoju – no tak, szafa, Jamie_003ulubiona szafa Józki, tym razem też zasiedlona przez Milunię. Biegnę, zapalam światło, a tu Józka próbuje oddalić się z wrzeszczącym kociakiem w zębach, Milunia Julia_004natomiast kończy spożywać łożysko od drugiego kociaka. Nie było łatwo odebrać Józce wrzeszczące maleństwo, więc najpierw zablokowałam jej drogę ucieczki, a potem nieomalże wyrwałam malucha, ją samą zamykając w drugim pokoju. Milunię z drugim kotkiem przełożyłam do przygotowanego koszyka, przeniosłam towarzystwo do pokoju, zamknęłam drzwi i czekałam na kolejne koty. Pierwsze na świecie – prawdopodobnie gdzieś w okolicach 4 i 5 nad Johnny_002ranem pojawiły się dwie dziewczynki: czarna pręgowana tygrysio Jamie Lee Curtis i czarna srebrzysta pręgowana klasycznie z białym Julia Roberts. Kolejne godziny, a potem dni polegały na czekaniu. Najpierw do 8 rano czekałam na kolejne dwa kociaki. Tym razem, jeden za drugim pojawili się dwaj chłopcy: czarny klasycznie pręgowany z białym Johnny Depp i czarny dymnyJack_001 bikolor Jack Nicholson. Kolejne cztery godziny spędziłam na czekaniu na piątego kotka i w samo południe pojawiła się czarna jak noc, a nawet jak bezksiężycowa północ Jerrika Hinton. (Kolejne dwa dni czekałam też na dwa zagubione łożyska, które na szczęście się odnalazły i wszystko dobrze się skończyło).
Jerrica_001Tak oto pojawiła się piątka ślicznych, drących się okropnie maleństw. Ostatnich dzieci Milvy i raptem drugich pięknego S*Fridalas Qrikona. Ich rozwój pozostaje zagadką, ale można go śledzić w ich galerii.

Share

Bez komentarzy

Paź 31 2013

Darmozjad

Napisane przez w Inne

JasioPrawdę śpiewały Alibabki w Wielkiej podróży Bolka i Lolka: „Płynie czas, mija czas, czas popędza stale nas…” i sama nie wiem kiedy, minęły dwa miesiące od poprzedniego wpisu. W tym czasie chłopcy I przeprowadzili się do nowych domów. Pierwszy Isaac wyjechał na Łotwę, towarzyszyć rodzinie, która wymarzyła sobie norwega, a w ich kraju nie ma hodowli tych pięknych kotów. Drugi Ira przeprowadził się na wybrzeże i umila chwile Dominice i jej rodzinie, stale próbując zaprzyjaźnić się z szynszylami. Na początku września Ilja wyjechał z Polski do Francji i zamieszkał w hodowli Harpsi’Cat. Najdłużej został z nami Ian, czyli Jasio, ale i on na początku października przeprowadził się do nowego domu (w sumie niedaleko) – i organizuje życie Dagmarze, Maćkowi i dwóm statecznym domowym kotkom Mrówie i Tosi.

DzidziaMieszkanie opustoszało, zostały same staruchy i… darmozjad. Skąd się wzięło to określenie, nie pamiętam. Chyba dawno temu ktoś nieżyczliwy tak nazwał kastraty mieszkające w hodowlach. I się przyjęło. Można więc powiedzieć, że u nas mieszkają trzy darmozjady – aczkolwiek dwa (kontynuując konwencję nieżyczliwego) zapracowały na dożywocie – to oczywiście Dafcio i Fryga. Ale trzeci darmozjad… to sama esencja darmozjada. Darmozjad jest kotką-kastratką, córką Józki i Sydneya, nazywa się Geena Davies, ale wszyscy mówią na nią Dzidzia. Dzidzia jest oszustką pierwszej wody – przez pierwsze kilkanaście miesięcy swojego życia udawała, że absolutnie nie może się od nas wyprowadzić, ponieważ obcy ludzie, którzy przychodzili ją oglądać, byli przerażający. Dla niej. Dla nas nic a nic. Inni obcy, ba, nawet psy, byli w porządku. Kiedy Dzidzia się zadomowiła, podrosła, zaczęła być Dzidzianieodłączną przyjaciółką swojego pradziadka Dafcia, upewniła się, że żadna siła jej stąd nie ruszy – pokazała wszystkim, że jest najcudowniejszym kotem świata. Kotkiem gadającym, włażącym pod kołdrę, towarzyszącym w wielu czynnościach, przytulającym się do innych kotów i ludzi. Ale dlaczego darmozjad – ktoś mógłby zapytać – nie może być kotką hodowlaną? Lub choćby wystawową? Otóż Dzidzia nie jest ani hodowlana, ani wystawowa. Wykastrowana w wieku 3,5 miesiąca może nam robić reklamę wyłącznie w domu. I, jak się okazuje, robi. Dafcio i DzidziaOstatnio ktoś o niej powiedział, że jest skrzyżowaniem kota z bykiem. Bo Dzidzia jest duża. Żeby nie powiedzieć – ogromna. Większa od mamy, większa i cięższa od pradziadka, z ogromną, puszystą, długą kitą, którą – jak mama i babcia – omiata i otula wszystko (i wszystkich, którzy są obok) – robi na gościach wrażenie. I cały czas uważa, że jest malutką kicią. Rzeczywiście – w tym geriatrycznym stadzie jej dwa lata i cztery miesiące, to naprawdę nic.

Share

Bez komentarzy

Lip 27 2013

Pan kotek był chory i leżał w łóżeczku…

Napisane przez w Hodowla,Kocięta,Kotki,NFO

Duffy_500Było? Chyba było. Ale jak w dobrej przypowieści przystało:
– Znacie?
– Znamy.
– To posłuchajcie.
Otóż było tak. W poniedziałek Fryga odmówiła śniadania, a i Dafcio coś kręcił gębą i chrupki w misce zostawiał (niewiarygodne!). Oczywiście nasz pan doktor na urlopie, bo jakże by mogło być inaczej, w końcu koty zawsze chorują wtedy, kiedy dostęp do weterynarza jest utrudniony. Zajrzałam zatem z niejakim trudem do Dafciowej paszczy, zdało mi się, że widzę czerwoną kropeczkę na języku, postanowiłam więc obserwować go podczas kolejnych posiłków. Niby było podobnie, od miski odchodził, potem do niej przychodził, w końcu zjadł wszystko. Uff. Za to Fryga nie. Nie je i nie je. Pewnie zatkana, pomyślałam, zwłaszcza że ostatnimi czasy obficie obdarowywała nas kłaczkami uformowanymi w żołądku, naukowo Fryga_500nazywanymi pilobezoarami. Podałam jej zatem parafinę, którą grzeczna kotka zgodnie spożyła, a następnego dnia wydaliła. Znaczy – drożna. Apetyt uległ chwilowej poprawie, w środę jeszcze coś (konkretnie Urinary Dafcia) jadła, a w czwartek – katastrofa! Fryga nie pojawiła się na śniadaniu, w ogóle gdzieś się zaszyła. Namierzona pod łóżkiem, siłą wyciągnięta ze swojej kryjówki, poszła się napić, posiedziała chwilę przy balkonie i wróciła pod łóżko. Żarty się skończyły. Fryga jest chora. Byliśmy przerażeni, oczyma duszy widzieliśmy już i słyszeliśmy najstraszniejsze diagnozy – od chorych nerek poprzez trzustkę, po samaniewiemco. W końcu Fryga ma już ponad 12,5 roku i wszystkie starcze kocie przypadłości mogą ją dotknąć. Pojechaliśmy do poleconej lecznicy – w końcu nikomu przypadkowemu nie powierzymy naszej kocicy. Tam nestorkę dokładnie obejrzano, Dzidzia_100ostukano, z trudem osłuchano (bo słychać było tylko mruczenie 😉 ), wetknięto termometr w pupę i… prawda wyszła na jaw. Gorączka! Wysoka! Poza tym gardło boli. Oj, tego jeszcze nie było. Najzwyklejsza infekcja. No tak, przecież i Józia odmówiła jednego posiłku, ale jakoś się pozbierała. Dafcio też dał sobie radę. Kiedy piszę te słowa, w sobotę, Milunia nie jest chętna do wstania na obiad, od przedpołudnia śpi. Czyli odwiedził nas jakiś wirus, z którym Fryga nie dała sobie rady. Trzeba było jej pomóc – podać antybiotyk i coś przeciwzapalnego. Już po pierwszej dawce odżyła. Nie chowa się pod łóżkiem, na posiłki przychodzi, w łóżku, jak dawniej, z nami śpi. Reszta terapii przed nami.
A teraz czas na konkluzję – nasze stare koty po ukończeniu 10 roku życia nie są szczepione. Czy to słuszna decyzja? Kogo nie dotknęła infekcja? Po pierwsze kociąt, które są świeżo po szczepieniu i układ immunologiczny mają postawiony na baczność, po drugie Dzidzi, która swoje szczepienia otrzymała stosunkowo niedawno. Może więc, mimo wszystko, warto stare koty szczepić? Rzadziej i mniej inwazyjną szczepionką, ale jednak?

Share

Bez komentarzy

Lip 06 2013

Brązowy i czarny

Napisane przez w Hodowla,Kocięta,NFO

Ilja & IraW przeciwieństwie do zachowania, na wygląd kota wpływ maja wyłącznie geny. To, czy widzimy kota czarnego, szarego, brązowego czy rudego, to wyniki tego, jakie ma geny odpowiedzialne za kolor futra. Takie geny, trochę jak nieszczęścia, chodzą porami. Po jednym – od mamusi i tatusia. Silny i słaby, czyli dominujący i recesywny. Czasem w takiej parze mieszanej, czyli heterozygotycznej, a czasem w jednakowej, czyli homozygotycznej. Oczywiście zawsze silny, Irajeśli tylko jest, wygrywa i to, co widzimy na kocim futerku, to jego zasługa. No chyba że spotkają się dwa geny słabe – wtedy one rządzą. Zatem czarny, srebrzysty, łaciaty, pręgowany w paseczki lub w kropki… Zaraz zaraz, ale czarny, czyli jaki? Czarny jak Ilja czy czarny jak Ira? Jak to jest, że oba teoretycznie takie same kotki są tak różne? Co jeszcze mieszka w takim kocie, że futerko Ilji jest czarne a Iry brązowe? Jakieś jeszcze dodatkowe geny muszą determinować rozjaśnienie, a właściwie ocieplenie koloru futra. IljaIle ich jest, pojawienie się czy osłabienie, jakich innych cech wywołują, chyba jeszcze nie wiemy. Być może mają wpływ na kolor oczu? Zielone czy raczej żółte, czy miedziane? Jakie oczy będę mieli synkowie Józi i Galypsa? Isaac i Ian raczej zielone. A Ira i Ilja? Kolor ich oczu nie jest jeszcze ustalony. Jak u ludzkiego dziecka ewoluuje od niebieskiego. Ale już widać, że Ilja ma oczy najciemniejsze, więc może będzie miał miedziane lub żółte? Zagadka. Dziś jeszcze nie wiadomo.
Właściwie wszystko w rozwoju tych kociąt jest zagadką. Wszak to pierwsze połączenie tej pary kotów. Czy będą to wielkie kocury, czy po prostu bardzo szybko rosną, ponieważ mają nieopanowane apetyty? Dziś kończą 11 tygodni, a ja już wiem, że Ilja jest największym dzieckiem Józi. Choć wydawało się, że będzie jeszcze większy, I-boysważy niewiele więcej niż Gregory Peck. Czy przerośnie brata jako dorosły kot? Na wszystko trzeba będzie poczekać. Dzisiaj koty ważą od 1600g do 1850g. Zachwycają mocną budową, grubymi łapami, bezproblemowymi charakterami. Jeszcze nie spotkały się z psami, wszystko jeszcze przed nimi, ale odkurzacza nie boją się wcale. Podczas odkurzania siadają, a nawet kładą się na drodze ryczącego smoka i groźnej szczotki, można je przesuwać, a nawet odkurzyć im futerko. Warczący i dmuchający wiatrak okazał się nie lada atrakcją. Czym mnie jeszcze zadziwią? Poczekajmy na wizytę psów.

Share

Bez komentarzy

Cze 14 2013

Socjalizacja

Napisane przez w Hodowla,Kocięta,NFO

Isaac_071Ważne słowo, ważny termin i ważne działanie w życiu hodowcy, kociąt, kotów. Czy charakter, otwartość, coś, co Anglosasi nazywają easygoing, może być przekazywane z genami? Wiele, naprawdę wiele lat temu (nie tak, jak mówił Kubuś Puchatek – dawno, dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek) hodowczyni mojej Frygi – Fortuny AB-Cat, pani Ania Czerwińska – przekazywała słowa wieloletniej hodowczyni kotów norweskich leśnych leśnych, Jette Evy Madsen, Felis Jubatus: „To naprawdę ważne w mojej pracy hodowlanej, dobierać do hodowli koty nie tylko pod kątem wyglądu (eksterieru), ale i charakteru. Moje koty wszędzie muszą czuć się dobrze, muszą dobrze i szybko aklimatyzować się w każdych warunkach, dobrze znosić wystawy, wyjazdy, obecność Ilja_057innych kotów, innych zwierząt, nowych ludzi”. I trzeba przyznać, że to jej się udało.
Jednak, czy łatwość w nawiązywaniu kontaktów, brak obaw przed zmianą, to tylko geny? Ile w tym pracy hodowcy, tego, co dzieje się w jego domu, z czym mają do czynienia kocięta i koty, które żyją, wychowują się razem z nim. Geny to jakaś część sukcesu. Wiele, pewnie jednak więcej niż 50%, to praca hodowcy. Tego, jak wcześnie zaczął brać kocięta na ręce. Ile obcych osób przychodzi do niego. Jak często koty i kocięta są dotykane przez obcych. Jak wiele mają bodźców – nowych dźwięków, zapachów. Dlaczego jedne koty nie boją się odkurzacza, a inne Ira_054panicznie uciekają, widząc jak wyciągacie go z szafy? Poza genami, to też praca hodowcy. Tak ważne jest, ile czasu poświęca kotom. Czy hodowla, to tylko wydanie miski z żarcie i sprzątnięcie kuwet? Czy zastanawialiście się Państwo, ile czasu każdego dnia hodowca spędza ze swoimi zwierzętami, bawiąc się z nimi, pielęgnując, a także – do czego niewielu się przyzna – rozmawiając z nimi? Kiedy przychodzicie do hodowcy, czy zwróciliście uwagę, jak koty reagują na jego głos? Nie? Przyjrzyjcie się podczas najbliższej wizyty.

Zdjęcia naszych kociąt w galerii miotu I

 

Share

Bez komentarzy

Cze 11 2013

Ucieczka czy uwolnienie

Napisane przez w Hodowla,Kocięta

Isaac_054Rośnie nasza czwórka do brydża. Nawet nie wiem kiedy, skończyła miesiąc, a za chwilę będzie miała sześć tygodni. Czwórka do brydża – nieźle, nie? Na razie puchaci chłopcy za karty się nie biorą, za opracowują sposób wielkiej ucieczki. Czyżby byli fanami Steve’a McQuinna? Jak nie górą, to może bokiem… A Józia ich jeszcze do tego zachęca. Wstrętna matka. A może po prostu uważa, że już czas, żeby sami zawiązywali sznurówki? W końcu ja też jestem taką matką. Ma z kogo brać przykład.
I poszli. Uwolnieni. Zerwani z uwięzi. Wydawałoby się, że powinni powoli, spokojnie eksplorować kolejne Ira_046pomieszczenia. Jednak nie. Już kolejnego dnia całe mieszkanie było ich. I znów trzeba uważać, chodzić ostrożnie szurając nogami, żeby nie nadepnąć malutkiej łapki materializującej się z nikąd w jednej sekundzie. Przyglądam się im – czy można już powiedzieć coś o charakterach? Który odważny, który ostrożny, który ciekawski, a który zamyślony? Chyba nie. Na razie działają w masie – biegają, turlają się, polują na zabawkowe myszki, kuleczki, piłeczki, nieopatrznie porzucone papierki (nie wiadomo dlaczego te „zabawki” samoróbki budzą najgorętsze uczucia i pożądanie). Na szczęście jeszcze teraz, podobnie jak dzieci ludzkie, mają stały rytm dnia – śniadanie, czas zabawy, koło południa drzemka. Przed obiadem – zabawy. Obiad. Szaleństwo do późnego popołudnia. Leżakowanie. Wieczorne harce. Ilja_042Kolacja. Jeszcze trochę zabawy i cisza nocna… gdzieś tak do piątej… Rano. Na szczęście bardzo nie hałasują. Można pospać. Czasami nawet do szóstej.

Share

Bez komentarzy

Maj 02 2013

Zmiany, zmiany

Napisane przez w Hodowla,Kocięta

Hugh_102Wpisów dawno nie było, co nie oznacza, że przez te kilka miesięcy nic się nie działo w Agpamisie. Oj, działo się działo. Po pierwsze Hugh Laurie znalazł cudowny dom i mieszka z panią Lidią. Jest przeszczęśliwym zadbanym jedynakiem, próbującym zapewnić swojej pani od czasu do czasu trochę rozrywki. A pani oczywiście zapewnia rozrywkę jemu.

Hugh Grant nadal szuka domu. Choć po osiągnięciu statecznego wieku 1 roku troszkę się uspokoił, Hugh_100cały czas uważam, że do pełni szczęścia w dalszym życiu potrzebuje domu z innymi zwierzętami. Nie muszą być to koty, mogą być psy. Raczej nie żółwie, a już całkiem nie ptaszki. Te ostatnie mogłyby zostać jednorazową zabawką, niestety. Grant, nazywany w domu Szary, mimo uspokojenia nadal jest prawdziwym KOTEM, cieszącym się z nadejścia wiosny i z tego, że owady wreszcie się obudziły. Kiedy akurat jakiś owad samobójca nie wleci do nas do domu, morduje myszki, zaczepia Dzidzię lub domaga wypuszczenia „czerwonego robaczka” czyli pobawienia się z nim laserkiem.

Ira_003Po długich oczekiwaniach, próbach, testach, wreszcie doczekaliśmy się kolejnego miotu Józi. Nie wiem, czy zapatrzyła się na Milunię, czy wysłuchała moich opinii, że dziewczynki są przereklamowane, czy też w grę wchodzą geny (jej mama zachowywała się podobnie), dość że 20 kwietnia urodziła cztery kocurki. Tatusiem tego męskiego miotu jest GIC Fodnaheia’s Galypso, DVM, prawdziwy norweg z Norwegii, od ponad dwóch lat zamieszkujący w Polsce w hodowli Atlas*PL. Józia jak zawsze poradziła sobie sama, z jedną odmianą – przyszła rodzić do mnie do łóżka i zdegustowana chyba moim brakiem reakcji, a raczej kamiennym snem, postanowiła się zabrać ze świeżo narodzonym Ilją, który wydarł się i mnie obudził. Pozostali bracia przyszli na świat w koszyczku. Moja obecność była tak naprawdę zbędna.
Mamy zatem cztery malutkie kocurki. Są to Ilja Erenburg czarny pręgowany tygrysio (n 23), Isaac Newton czarny Isaac_004srebrzysty pręgowany tygrysio z białym bikolor (ns 03 23), Ian McKellen niebieski klasycznie pręgowany z białym bikolor (a 03 22) i Ira Gershwin brązowy pręgowany tygrysio (n 23). Kociaki rosną ładnie. Tak jak się spodziewałam, różnią się wyglądem. Jestem bardzo ciekawa dalszego ich rozwoju.

Share

Bez komentarzy

Lis 08 2012

Mądrość z bajki płynąca, czyli…

Napisane przez w Hodowla,Kocięta,NFO

jak z brzydkiego kaczątka wyrósł piękny łabędź. Wierzycie? Mało kto wierzył, ale ja wiedziałam, bo widziałam dwa poprzednie mioty Milvy i  Sydneya, czyli w sumie dziewięcioro kociąt. Kiedy H-kotki zaczęły rosnąć, kiedy z leżących kluseczek zaczęły przeobrażać się w zwierzątka bardziej przypominające kotki, widziałam, jakie są brzydkie. Nie potrafiłam widzieć w nich słodkich maleństw, a tylko chude, łysiutkie szczurki. I co? Co mam powiedzieć potencjalnym chętnym na kotki? Że za 3–4 miesiące będą puchatymi, tłuściutkimi kotkami? Jak mam to udowodnić? Kto mi uwierzy? Wiem dobrze, jak nieuczciwi hodowcy
potrafią oszukiwać kupujących – „ten łysy ogon, to z powodu przewitaminizowania”, „ten krzywy profil to się później wyprostuje”, „proporcje ciała się zmienią i ten ogon kiedyś będzie długi”… To wierutne kłamstwa – ja to wiem, ale oszukani, ufni, chcący mieć pięknego norwega uwierzyli. Łysiejący ogon okazał się trudną do wyleczenia grzybicą, profil nigdy się nie wyprostował, a ogon na zawsze już pozostał za krótki.
Ale ja wiem – owszem, mam odwagę powiedzieć: „Nie proszę pana, ten kot absolutnie nie nadaje się do hodowli – ma za krótką głowę i za małe uszy, ale będzie wspaniałym, pięknym i co najważniejsze zdrowym kotem do towarzystwa”. Ale jak mam przekonać kogoś, kto patrzy na krótkowłosego chudego kotka z długimi chudymi łapkami, że będzie on kiedyś długowłosym, tłuściutkim kotkiem na (owszem) długich łapkach, ale całkiem  proporcjonalnych do masywnego ciała. Tylko kto mi uwierzy?
Brzydkie kaczątko i łabędź – tak, to dzieci Milvy i Sydneya. To one. Dlaczego nie sprzedałam Granta do hodowli? Przecież to taki piękny kot. Piękny, prawda? Mnie też się podoba. Ale ma za małe uszy… czy norweg z małymi uszami nadaje się do hodowli? Ja wiem, nie ma kotów idealnych… Ale… Grant był słodziakiem od urodzenia. Budził same pozytywne uczucia. Moje też. Jednak nie znalazł swojego człowieka. Czemu? Nie mam pojęcia. Przecież od urodzenia był ulubieńcem swojej mamusi i moim, i moich znajomych. A jednak wciąż szuka domu… Komu, komu… To niewyobrażalne. Dawać ogłoszenie? Nieeee… Nigdy. Przecież Grant jest śliczny i od urodzenia wyglądał jak malutki łabędź, a teraz z dnia na dzień staje się jeszcze piękniejszy. Ale jest jeszcze drugi Hugh. Laurie. W opozycji do swojego imienia jest cudownym kotkiem. Mruczy nie proszony. Przytula się nie zachęcany. Po prostu najlepszy kot do towarzystwa, a może na kolanka… To właśnie on. Uwielbia się bawić. Jest ciekawski. Curiosity killed the cat mówi przysłowie – na razie wszystko, co złe spada na jego szarego brata, którego ciekawskość bije wszelkie rekordy. Laurie plasuje się gdzieś po środku. Sprawdza, co tam jest, ale nie wchodzi. To nie on ma podrapany nos, powyrywane futro – to spotyka Granta. Laurie sprawdzi, ale nie wejdzie, od kuchenki też z daleka, od kwiatków, od firanek… ale nie od człowieka. Człowieka lubi, uwielbia, ubóstwia. Mieć człowieka blisko i móc mu pomruczeć. Uwielbia mruczeć i wciąż czeka na tego, komu jego kojące mruczenie jest niezbędne. Dwa kocurki przecudnej urody, o najwspanialszych charakterach wciąż szukają swoich ludzi i swoich stałych domów. Zobacz – dziś widać, jakie są piękne.

Share

Samotny komentarz

Next »