Paź 28 2012

Małe eM i małe eS, czyli koty to nie wszystko

Napisane przez w Inne,Prywatne

Wciąż zastanawiam się, jakimi ludźmi byliby moi synowie, gdyby nie nasze koty. Czego one ich nauczyły, jak oni skorzystali, że od prawie zawsze mieszkały z nimi. Nie byli jakoś specjalnie mali, kiedy pierwszy kot, a właściwie pierwsza kotka, szylkretka Nala, zjawiła się u nas w domu, nie musiałam ich uczyć, że kota się za ogon nie ciągnie, nie ściska, na siłę nie przytrzymuje. eS miał półtora roku, a eM jest 3 lata starszy. Nala miała 3 miesiące i była bardzo spokojnym i tolerancyjnym kotkiem. Kiedy miała dość tulenia przez malutkie spocone rączki, po prostu wiotczała w objęciach, wysmykiwała się i chowała w niedostępne miejsce. Uczyli się siebie nawzajem – że kot nie lubi krzyków, pisków, biegania, a nadmiernie, mimo protestów tulony, po prostu się schowa i nigdy nie przyjdzie. Nauczyli się, że o względy kota trzeba zabiegać. Że jak się kotu popędzi kota, to nie ma co liczyć na to, że przyjdzie się w nocy przytulić. A taki ciepły mruczący kotek jest lepszy do spania niż każdy miś przytulanka. Nauczyli się patrzeć i słuchać. „Dafciu, czy ty się aby dobrze czujesz? Jesteś dzisiaj taki bledziutki” – pytał eM ulubionego kotka, bacznie mu się przyglądając. „Mamo, Sydney nie zjadł dzisiaj obiadu. A teraz siedzi pod krzesłem i jak chcę go pogłaskać to się kuli, jakbym go kiedykolwiek uderzył. A przecież ja go nigdy nie uderzyłem. Musisz zaraz przyjechać, jemu coś jest” – eS zadzwonił do mnie bardzo przejęty z tą informacją. „Ale czy mam już przyjeżdżać? – pytam. „Na twoim miejscu rzuciłbym wszystko i przyjeżdżał w te pędy” – kategorycznie powiedział eS. I miał rację. Nasz wet przy temperaturze 41,5°C wyjął kotu termometr z pupy, nie czekając aż skończy mierzyć i zapika, i zaczął dokładnie kota oglądać – co też mogło doprowadzić do takiego stanu, że zaraz białko w kocie się zetnie.

Koty młodym ludziom zawdzięczały super socjalizację – przetrwały wiele młodzieżowych imprez, służyły za pretekst do odwiedzin dla przemiłych koleżanek (kiedyś zapraszało się koleżanki na znaczki, na pocztówki, a eM i eS zapraszali na kotki: „Mamy małe kotki, chcesz przyjść zobaczyć?”). Widzę teraz brak tych odwiedzin – kolejne generacje Agpamisów nie są już tak odważne i bezpośrednie.
A jak na obecności kotów w domu skorzystali rodzice, czyli my? Dzięki kotom łatwiej było nam porozmawiać z dziećmi na temat seksu i prokreacji. „Ja wszystko rozumiem” – powiedział eM – „żeby kotka miała kocięta, musi pojechać do kocura. Tylko proszę, powiedz mi, jak on to robi, że ona ma je w środku?”. Nauczyliśmy się, że we wszystkim ważny jest umiar. „Bo ty koty kochasz bardziej niż nas” – powiedział kiedyś, bardzo dawno temu eS, a ja szybko policzyłam, że prawie każdy weekend spędzam z kotami na wystawach, a nie z dziećmi. Przystopowałam i zobaczyłam, że jakkolwiek bardzo kocham moje koty, to mam w życiu jeszcze wiele innych obszarów, dziedzin, które są dla mnie tak samo lub jeszcze bardziej ważne i że nie może być tak, że koty przesłonią mi cały świat. Bo wtedy stracę dystans. Koty są ważną częścią mojego życia, ale nie mogą, pod żadnym pozorem nie mogą być jedynym tematem rozmów. Przecież mam książki, mam teatr, mam muzykę, mam góry, rzeki i lasy. Mam eM, eS i Pe.
W tym roku, po wakacyjnym remoncie eS zamknął swój pokój przed kotami, ale ostatnio powiedział: „Ależ tęsknię za tymi ciepłymi futerkami, które przytulają się w nocy, jednak lubię też moje ubrania w szafie bez futra. Jak to pogodzić?”. Ja nie wiem.

Share

Samotny komentarz

Paź 16 2012

W dużym ciele małe cielę

Napisane przez w Hodowla,Kocięta,NFO

Tak to już jest – każdy chciałby maciupeńkiego kota, najlepiej takiego, który mieści się na dłoni, jest bezbronny, całkowicie zdany na naszą łaskę – budzi uczucia macierzyńskie. No bo, jak nie kochać puchatego maleństwa z okrągłym czółkiem, okrągłymi oczami (często lekko zezującymi), którymi wpatruje się w nas z bezbrzeżną miłością?
Ludzie zazwyczaj nie łączą późniejszych niepożądanych zachowań kociego domownika z tym, że został za wcześnie odebrany z rodzinnego domu (oj, bo w końcu szczeniaki można już zabrać od matki 6-tygodniowe, nie? Chyba jednak to też mit…). A czym się różni kot od psa? Właściwie wszystkim.
Za wcześniejszą adopcją psich dzieci przemawia (o ile dobrze pamiętam) wdrukowanie nowego człowieka jako przewodnika stada. A czy kot żyje w stadzie? Czy ma przewodnika? Wcześniejsze zabranie kociaka od matki (tak naprawdę przed ukończeniem 3 miesięcy) skutkuje choćby nieumiejętnością zabawy bez wyciągania pazurów. Kto widział bawiące się kocięta, ten dobrze wie, o jakiej nauce mówię. Także ten, kto widział starsze koty strofujące podrostka, który właśnie wbił się zębami w poruszający się dostojnie koniuszek kociego ogona. Taki kociak po odebraniu stosownych nauk w kocim przedszkolu i zerówce wie dobrze – jak mocno można ugryźć i jak daleko wysunąć pazury. Za wcześnie zabrany od matki i rodzeństwa kociak będzie się rzucał na nasze nogi i ręce (w końcu, skoro nie ma rodzeństwa, a ma w genach zapisaną na ten czas edukacyjną zabawę, to my stajemy się jego poligonem). A później już pozostajemy – bo chyba jesteśmy kotami, prawda? Innego stada nasz kot nie pamięta. Goście są traktowani jak koty intruzy wchodzące na terytorium i są też atakowani, albo – jeśli nasz koci domownik jest bardziej nieśmiały, nie wychodzi w ogóle z kryjówki i nasi goście opowiadają później: „Byłem już u nich tyle razy, podobno mają kota, nigdy go nie widziałem”. Sytuacja taka może trwać latami, a w ekstremalnych przypadkach nawet do końca życia kota.
Kot potrzebuje czasu, nauki. Ale nauki nie od człowieka, tylko do drugiego kota – jak się bawić, czego się bać, co jeść. Półroczny, roczny, a nawet dwuletni kot jest wciąż kociakiem. Jest tą samą puszystą kulką patrzącą niewinnym spojrzeniem, zamkniętą w większym nieco ciele. Wystarczy bodziec, zachęta i już – mamy super zabawowicza. Ale zabawowicza, o którego charakterze możemy już powiedzieć prawie wszystko.
Wiele radości, śmiechu, masażu przeponą wątroby dostarczyły nam ostatnio czworonogi tych dwóch gatunków. Odwiedziły nas dwa cavaliery – dostojny pięciolatek Tobi i postrzelona półtoraroczna Florka. Grant nie odstępował ich ani na krok. Cytując wieszcza: „Gdzie ty, tam ja”. Na początek wygięty w pałąk z ogonem (też w pałąk, jak lisia kita). Koniec był taki, że Florka szczekała zachęcająco, przypadała do ziemi, by za chwilę uciekać, drapiąc pazurami parkiet – kot za nią. Już nie pałąk, no może trochę na pazurkach, żeby być wyższym kotkiem, ale ogon zadarty do góry. Laurie obserwował zabawę z bezpiecznej odległości. Dzidzia koniecznie chciała się bawić – ona tak uwielbia ganianki – ale czemu ten kot jest taki głośny, czemu tak macha ogonem (chociaż nie wygląda na zdenerwowanego, raczej na radosnego) – raz czy dwa pogniła za Florką, ale wróciła szybciutko na bezpieczną pozycję na dolnym poziomie drapaka. Pozostałe koty obserwowały tę jazgotliwą rudo-białą sukę z parapetu, drapaka, kanapy. Ale nie uciekały. Wyraźnie były zainteresowane. Czy o Florce powiemy szczeniak (mimo jej półtora roku)? Oczywiście. Tak samo i Dzidzia jest kociakiem (chociaż ukrytym w 6,5-kilogramowym ciele), a już na pewno kociakami są Hugh Grant i Hugh Laurie. A że podrośnięte? Dzięki temu wiadomo wiele o ich charakterach, upodobaniach, zwyczajach. Ponieważ są starsze, łatwiej znoszą nieobecność domowników, wystarczą im dwa posiłki dziennie. Ale w środku są wciąż kocimi dziećmi. Chętnymi do zabawy i w kilka chwil adaptującymi się do nowych warunków.
(Zdjęć w ruchu nie będzie, bo były w ruchu 😉 za to kilka zdjęć zabawy dwóch kotów jedną zabawką).

Share

2 komentarze

Wrz 07 2012

Mój kot prosto z nieba cz. 2

Napisane przez w Inne

Ileż to czasu minęło od dnia, kiedy obiecywałam kontynuację? Liczyłam skrycie, że uda mi się obejrzeć jeszcze kilka odcinków tego cudownego amerykańskiego programu z ekstrawaganckim Jacksonem. Niestety program znikł z ekranów. Ale koty w moim domu nie znikły, co więcej – są też koty w innych domach. I koty zachowują się – tak jak dzieci – w sposób bardziej lub mniej akceptowalny przez domowników. O ile coraz częściej (choć nie tyle, co w krajach Zachodu) kiedy nie radzimy sobie z naszymi emocjami, korzystamy z porad psychologa lub terapeuty, o tyle, kiedy słyszymy „behawiorysta zwierzęcy”, uśmiechamy się pod wąsem. Z kotem do psychologa? Ludziom to się w głowach poprzewracało. Dzieci w Afryce głodują, a tu takie fanaberie. Poza tym kot, to tylko zwierzę, jak wiadomo złośliwe, więc kiedy sika poza kuwetą lub poza kuwetą robi kupę, daje po prosu wyraz swojego podłego charakteru. A jego „złośliwość” coraz bardziej irytuje domowników (wystarczy, że tylko jednego), domownik/domownicy głośno wyrażają swoje niezadowolenie i… Kot stresuje się coraz bardziej. I koło się zamyka.
Wniosek – albo przełamać się i skorzystać z usług szarlatana, czyli kociego psychologa, lub (jeśli absolutnie nie możemy się zmusić do takiego działania) znaleźć kontrowersyjnemu kotu nowy dom. Zwykle niepożądane zachowanie w nowym środowisku, wśród nowych ludzi, znika jak ręką odjął.

Lubię patrzeć na moje koty, na zależności stadne, na hierarchię. Co komu wolno, a kto nie waży się podskoczyć. Wiem dobrze, że wyjęcie choćby jednego ogniwa, zaburzy tę całą strukturę, dlatego z uwagą przyglądam się nestorom. Póki co – czują się dobrze. Pozycje w stadzie są zachowane. Dafcio wciąż nie ustępuje Sydneyowi, choć ten ostatni bezczelnie wchodzi na jego miejsca, przejmuje jego zachowania. Doszło do tego, że zaczął ze mną sypiać. No jeszcze nie NA mnie, ale te 20 cm od poduszki, to już postęp. Fryga nie daje się zagonić w kozi róg, choć co jakiś czas, któryś kot próbuje ją postraszyć. Jej przyglądam się szczególnie uważnie, bo 3 miesiące temu wykryto u niej nowotwór sutka i była operowana. Milva jakby się wzmocniła – zaczęła się (jak nigdy wcześniej) pojawiać w miejscach konfliktów, by zaprowadzić porządek. Józka głośnym fukaniem wyraża niezadowolenie ze zbytniej poufałości innych kotów. I to wystarczy. Bo jak Józia fuknie… to nikt nie podskoczy.

Share

Bez komentarzy

Sie 18 2012

Jak Wojtuś został strażakiem, czyli…

Napisane przez w Hodowla,Inne,Kocięta

jak ze słodkich maleństw wyrastają stare konie. Wszędzie, w każdej dziedzinie życia tak jest – na przykład – gdzie się podziali moi malutcy synkowie? Tym wielkim obcym facetom powtarzam ciągle – „Potworze, zeżarłeś mojego malutkiego synka, natychmiast go wypluj!”. Niestety, bezskutecznie. Malutkich synków już nie ma, podobnie jak malutkich kotków, słodziutkich, niewinnych, robiących cudne minki i galopujących przez sen. Teraz galopują w rzeczywistości, demolując, zrzucając wszystko, co na swej drodze spotkają. Albowiem sprawdzić trzeba, czy – długopis dobrze się turla, czy na pewno nakrętka od wody mineralnej jest szybka oraz czy w koszu na śmieci porzucono jakieś smakowitości, które dwunodzy uznali za niezdatne do konsumpcji. Ostatnio również eksplorowana jest półeczka pod lustrem w łazience (nie rozumiem tylko, dlaczego podczas naszej nieobecności duchem [w środku nocy] lub ciałem [w środku dnia]), zatem stawiany tam papier toaletowy przestał być poza zasięgiem kocięcych łap, a jak wszyscy dobrze wiemy – REWELACYJNIE się turla.
Gdzieś czytałam, że kolejne pokolenie szczurów jest inteligentniejsze od rodzicielskiego, ponadto jakimś cudem nabywa umiejętności przyswojonych przez antenatów. Mam wrażenie, że prawidłowość ta dotyczy także odwiecznego szczurzego wroga – kota. Z każdym kolejnym miotem słyszę od Pawła – „No takich kociąt, to jeszcze nie mieliśmy!”. I chyba coś w tym jest, bo kociąt odnajdujących papier toaletowy na półeczce jeszcze nie było. A może to wina Dzidzi – przerośniętego, ponad sześciokilogramowego maleństwa o wielkim ciele (i ogonie) i rozumku malutkiego kociaka. Dzidzia z powodu przeróżnych zawirowań, jak to mówią, „się u nas została” i, choć cały czas powtarzam, że muszę jej znaleźć dom, z każdym dniem wiem, że moje wymagania dotyczące tego domu rosną.
Więc może to Dzidzia pokazała małym demonom, gdzie chowamy rewelacyjnie turlający się papier toaletowy, jak można wejść do pudełka z chusteczkami do nosa i wygrzebać z niego wszystkie, co do jednej, a następnie większość rozszarpać, jak dziką zwierzynę. Ale może też dzięki Dzidzi małe demony nauczyły się przytulać i mruczeć, i szukać towarzystwa człowieka, choć towarzystwo drugiego kota jest równie fajne. Bo choć Dzidzia lubi towarzystwo kotów, uwielbia się do nich tulić – i tego nauczyły się, z całą pewnością od niej, maluchy. Dzidzia lubi też zamiauczeć z drugiego końca mieszkania, a zawołana, przyjść na chwilę, dać się pogłaskać po głowie, za uszkiem, pod brodą – i pójść gdzieś do swoich spraw. Lubi też wieczorem przyjść do łóżka, wepchnąć nos pod pachę, pod kołdrę, zrobić milion kółek, układać się w tę i w tamtą stronę, tak i siak, na tym i na tamtym boku, mrucząc zawzięcie, żeby w końcu pójść sobie spać gdzieś na sobie tylko znanym miejscu. I tak też zaczęły robić maluchy – przyjdą, pomruczą, powpychają się pod pachę, pod rękę, na głowę, sprawdzą, czy nogi, a zwłaszcza ich duże palce są na miejscu – auć! – i potem pójdą spać gdzieś.
Dzidzia i dwa razy Hugh – trzy słodziaki, niewiniątka, malutkie kotki mogłyby dostarczać takich wrażeń innym ludziom. Mogłyby wychowywać lub sprowadzać na drogę występku inne koty. Do tego są właśnie stworzone.

Share

Bez komentarzy

Sie 13 2012

Duże kocie niemowlę, duży podrostek = duży kot dorosły?

Napisane przez w Hodowla,Kocięta

Wielu hodowców podaje wagi urodzeniowe swoich kociąt, pokazuje na wykresach, jak urodzone u nich kocięta rosną. Waga, tuż za kolorem, jest najważniejszym elementem opisu kociaka na stronie hodowcy. Co mówią nam kocie wagi? Czy możemy po nich wnioskować, że nasz kot będzie duży lub mały? Hodowcy i miłośnicy ekscytują się zwłaszcza wagami urodzeniowymi. Czy zasadne jest dążenie do tego, żeby kocięta rodziły się jak największe? Czy noworodek o wadze urodzeniowej 170 g będzie większy, kiedy dorośnie od tego, który w chwili narodzenia ważył 120 g? Czy trzymiesięczny kociak ważący 2,5 kg będzie ważył odpowiednio 20% więcej od tego, który w tym samym wieku waży 2 kg? Te i wiele innych pytań zadają hodowcy hodowcom, kupujący hodowcom, miłośnicy, wystawcy…

Od 15 już lat przyglądam się kotom norweskim leśnym w Polsce i w innych krajach. Pierwsza prawidłowość, którą zauważyłam – to waga urodzeniowa. Nie mówi nam nic o przyszłej wielkości kota. Widywałam koty urodzone z wagą 100 g, które wyrastały na kolosy i takie, które urodziły się z wagą 140-160 g i jako dorosłe były całkiem przeciętne. Druga miara to tempo wzrostu. Hodowcy z dumą pokazują na stronach trzymiesięczne kocięta ważące 2,3-2,5 kg. Wiele z takich kotów widziałam później, jako dorosłe. Nie odbiegały wielkością od tych, które rosły normalnie i jako trzymiesięczne ważyły 1,8-2 kg. Oczywiście – żadne z tych kotów nie były małe, zarówno jedne, jak i drugie wyrastały tak na koty przeciętne, jak i duże.

Jak zatem poznać, zorientować się, czy kot będzie duży? Na co patrzeć? Czym się sugerować? Po pierwsze genami. Zwykle po dużych rodzicach mamy duże koty. Piszę zwykle, ponieważ rodzice to nie wszystko – ważne są także kolejne pokolenia wstecz. Widuję duże koty po kotach przeciętnych, ale mających koty duże w dalszych pokoleniach rodowodu i koty przeciętne po kotach dużych, ale po nie za wielkich przodkach. Druga sprawa to żywienie. Niestety kot na suchej karmie i kiepskiej jakości puszkach nie urośnie. Nawet, jeśli w genach ma zapisane, że powinien być duży. Trochę może pomóc poprawa żywienia w nowym domu, ale zwykle takiego kota trudno odzwyczaić od nawyków żywieniowych wyniesionych z domu rodzinnego. Natura w banalny sposób chroni swoje dzieci przed otruciem, dlatego zapamiętują, co jadły przy matce – bo to na pewno nie zaszkodzi. Nowe pokarmy, nowe smaki mogą być niebezpieczne – lepiej więc tego nie jeść. Wtedy trzeba sposobem przestawiać kociaka na nową karmę.

Oczywiście można poznać po kociaku, czy będzie duży, mały czy przeciętny. Na pewno powinna niepokoić waga poniżej 1,6 kg w wieku 3 miesięcy, drobna kość… Ale to już temat na inną opowieść.

Share

2 komentarze

Lip 18 2012

Czy twój kot jest bezpieczny?

Napisane przez w Hodowla,Kocięta,Kotki,NFO

To był właśnie jeden z tych upalnych dni, kiedy nie bardzo wiesz, gdzie się położyć, gdzie usiąść, żeby przetrwać. Cały czas zastanawiasz się, czy to tobie jest lepiej, bo masz izolację z grubego futra, czy też masz czego zazdrościć dwunożnym – oni podczas takiej pogody zdejmują swoje futra i paradują z odkrytym ciałem. Czy naprawdę jest czego zazdrościć? Naprawdę, ten kto ich stworzył, nie pomyślał o wszystkim. Ciągle się potykają, zwłaszcza wtedy, kiedy biegniesz za nimi sprawdzić, dokąd też idą (bo może do kuchni), i udaje ci się zrównać z nim, ale jeszcze wpadasz na pomysł, żeby koniecznie pokręcić ósemki między ich nogami… I wtedy właśnie czujesz delikatnie kopnięcie, szturchnięcie, dwunożny leci nad tobą, mrucząc pod nosem słowa nie nadające się do druku. Albo kiedy chcą zajrzeć, czy to w tej górnej szafie są te różne kolorowe kulki, które zakładają na zielone kolczaste drzewko bez półek i hamaków (po co komu taki beznadziejny drapak? Sam nie wiem, dwunożni mają przedziwne pomysły). Tak czy siak raz w roku przynoszą do domu ten kolczasty drapak, ubierają go w kolorowe zabawki, które są bardzo szybkie (niektóre, bo inne, kiedy wreszcie uda mi się taką zdjąć z gałązki, rozpadają się na setki kolorowych igiełek, które wcale nie chcą uciekać, tylko wbijają się w łapki, raniąc je boleśnie). I żeby sprawdzić, czy to w tej szafie mieszkają pudełka z tymi dziwnymi zabawkami dwunożni wchodzą na stołek, a czasami na piramidę ze stołków. A ja też chcę zajrzeć do tej szafki – tylko że mnie wystarczy jeden mocny sus z podłogi, i już jestem pod sufitem. Ale, ale bo nie o dwunożnych niedorobionych przez Stwórcę miałem mówić, tylko o tym dniu, upalnym, kiedy chowałem się w wannie, w pralce, szukałem cienia i przewiewu, i nie marzyłem o plamie słońca na parkiecie czy stole, na której mógłbym się powygrzewać. O nie, nie! Żadnego słońca. Chłodu! Zacząłem marzyć o chłodzie. I właśnie wtedy, wczesnym wieczorem, kiedy wreszcie zrobiło się chłodniej, wyszedłem na balkon. Położyłem się na półeczce, którą dwunożny zrobił specjalnie dla mnie, a która właśnie dziś owiewana była przez leciutki wietrzyk, i leniwie patrzyłem na okolicę. Dwunożny położył tu nawet, specjalnie dla mnie, kocyk. Już przysypiałem, kiedy zobaczyłem przelatujący cień. To był odruch. Skoczyłem za nim. W końcu cienie są po to, żeby je łapać. Ale ja zapomniałem, że leżę na balkonie. A może nie wiedziałem, co to znaczy wysoko? Przecież kot musi polować, nawet w upalny, leniwy dzień, musi łapać ptaka, muchę, mysz… Jest kotem.

Od kwietnia do października najczęstszymi pacjentami lecznic weterynaryjnych są koty, które wypadły z okna czy balkonu. Najczęstsze urazy, to połamane łapy, palce, szczęki, miednice. Powybijane zęby, popękane narządy wewnętrzne (najczęściej pęcherz). Czy tego chcemy dla naszego kota, który przez całą zimę mruczał nam do snu, a wczesną wiosną zjadał budzące się z zimowego snu muchy? To my podobno jesteśmy istotami rozumnymi, mamy możliwość przewidywania i zapobiegania nieszczęściu. Przecież dziecka także nie zostawimy przy otwartym oknie czy balkonie, póki nie będzie na tyle duże, by zrozumieć, czym jest wysokość, i czym grozi upadek. A kot przez całe życie jest takim dzieckiem. I to tylko o nas źle świadczą teksty: „Spadł, znaczy głupi”. „Przecież widzi, że wysoko”. Otóż nie – kot jest tylko zwierzęciem, które działa instynktownie, a głupi jest ten, kto naraża drugą istotę na niebezpieczeństwo. Istotę, którą wziął pod swoją opiekę i za którą jest odpowiedzialny. Jak mówił Lis: „Ludzie zapomnieli o tej prawdzie, ale tobie nie wolno zapomnieć. Jesteś na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”. Bądźmy odpowiedzialni. Osiatkujmy okna i balkony, żeby nasze koty były bezpieczne. I żebyśmy tam, za tęczowym mostem mogli z ręką na sercu powiedzieć: Zrobiłem wszystko, żeby cię chronić.

Wszystko o zabezpieczeniach okien i balkonów znajdziecie tu: Siatka dla kota

Share

Bez komentarzy

Lip 04 2012

Rzyga jak kot, czyli „koza krechę ma”

Napisane przez w Hodowla,Kocięta,NFO

Wszyscy pamiętamy dobrze „Shreka”, gdzie Kot w butach, trochę zawstydzony, wyrzygał kulę włosową (zwaną uczenie pilobezoarem) i z zażenowaniem powiedział: Przepraszam, kłaczek. Skąd ten kłaczek, czy rzeczywiście kot musi go wyrzygać, czy można uniknąć tej niesympatycznej kociej czynności.
Wszystkiemu winien koci język i, chorobliwa wręcz, potrzeba czystości. Szorstki język naszego kota pokrywają rogowe wypustki, które, pochylone do tyłu, pozwalają tylko nagarniać to, co jest zlizywane. Nagarniać i połykać. A kot liże się i liże. Przecież musi być czyściutki, pachnący kotem, a nie (jak pies) otoczeniem (im bardziej śmierdzące, tym lepsze, fuj). Połknięte podczas nieustannej toalety włosy w żołądku zbijają się w twarde kule, skutecznie wypełniając sam żołądek, a jeśli uda im się przemieścić dalej, blokując jelita. Oczywiste jest, że gdy układ pokarmowy przestanie być drożny, kot umrze z głodu. Dlatego właśnie stara się pozbyć włosów z żołądka jeszcze zanim zbiją się w twarde wałeczki czy kule i, co gorsza, nie przesuną się dalej.
Jak możemy pomóc naszym długowłosym przyjaciołom? Po pierwsze czesać, zwłaszcza w okresie linienia, lub, kiedy jest bardzo gorąco (jak teraz), codziennie. Po drugie można podawać pastę odkłaczającą, czyli rozpuszczającą zalegające w żołądku włosy. Jeśli widzimy, że nasz kot wymiotuje, a jego kupy są twarde (wiem, że to obrzydliwe, ale warto pośledzić naszego kota w kuwecie i także przyjrzeć się kupie, zanim ją wywalimy), podajmy kotu co najmniej 5ml ciekłej parafiny. Niestety – po takim zabiegu kot będzie miał tłustą sierść przy wlocie (nigdy nie udało mi się zabezpieczyć kota przed wyciekającą z pyszczka parafiną) oraz przy wylocie (to ważne – informuje o tym, że układ pokarmowy kota jest drożny).
No i to, co koty lubią najbardziej – trawa. Przez długie lata siałam moim kotom pszenicę. Robię tak też i teraz, a od czasu do czasu kupuję w Leroyu Merlinie trawę dla kotów o wdzięcznej nazwie Cyperus Zymula. Trawa ta, przez moje koty uwielbiana, ma niestety jedną podstawową wadę – nie odrasta. A może odrasta za wolno? A może moje koty jedzą ją za szybko? W każdym razie nie udało mi się jej odchować, mimo usilnych starań i przedsięwzięcia czynności pielęgnacyjnych wyczytanych w Internecie. Nie działa. Co jakiś czas muszę kupić nową. Ostatnie dwie obfite trawy, przesadzone do dużej doniczki, po 5 dniach konsumpcji wyglądają tak. Faktem jest, że kociaki wchodzą do doniczki i pasą się zapamiętale. Jak kozy. A ponieważ to ja sprzątam podłogę, zatem, jak śpiewał mistrz Młynarski – „koza krechę ma”.

Share

Samotny komentarz

Cze 12 2012

Cmokanie nad wózkiem

Napisane przez w Hodowla,Kocięta

Dzieci Milvy skończyły dwa miesiące. Nie jestem dobrym człowiekiem chyba, bo nie potrafię ćwierkać nad każdym kocięciem norweskim leśnym, że słodkie, że cudne, że wspaniałe. Patrzę na kota – i widzę, czy jest w nim to coś, co mnie zachwyci. Pół biedy, kiedy dotyczy to moich kociąt. Gorzej, kiedy tak jest z cudzymi. Nie od parady zostałam ochrzczona „ciotka samo zło” (w skrócie CSZ). Ale nie o cudzych kotach miałam tu pisać, tylko o swoich. Ach, cudne, ach, słodkie, ach, jakie mądre. Wystarczy.

Jak zwykle, wypuszczone z zamknięcia w wieku ok. 7 tygodni, kocięta eksplorują całe nasze mieszkanie. Są dosłownie wszędzie, zatem znów uczymy się chodzić krokiem posuwistym, żeby nie przydepnąć kruchej kocięcej łapki. Korzystają z dorosłych kuwet, jedzą posiłki z dorosłymi kotami. Już znamy upodobania kulinarne całej czwórki. Barf rządzi. Barf, czyli Biologically Appropriate Raw Food, to biologicznie odpowiednie surowe pożywienie. Jego podstawą jest surowy pokarm, który ma jak najbardziej zbliżyć się do pożywienia, jakie koty spożywały w swych naturalnych warunkach (więcej o BARF-ie tu: www.barfnyswiat.org). Humphrey i Herbert lubią suche, za to dwóch Hugh to zadeklarowani mięsożercy.

Rozwijają się standardowo, jak dzieci Milvy i Sydneya. Rosną, mają apetyt, szaleją. Uczą się najważniejszych zasad w życiu małego kota: zasada numer jeden – wchodzimy tam, skąd umiemy sami zejść; zasada numer dwa – jemy to samo, co reszta stada, ale warto spróbować, czy kabel da się pogryźć; zasada numer trzy czasami ciocie i babcie nie życzą sobie, żeby kłaść się na nich czy bawić się ich ogonem, dlatego warto nasłuchiwać, czy z ich strony nie dobiega głuchy warkot, albo czy wielka łapa nie zagradza wejścia na hamak drapaka, przytrzymując ci głowę, głowę, kiedy się wspinasz; wtedy należy wybrać inną drogę, żeby się dostać na górę. Ale mama, ciocie i babcie często przynoszą zabawkę w zębach i, wyjąc głucho, wołają cię, żebyś przyszedł i pouczył się polować. Tylko dlaczego zwykle robią to wtedy, kiedy smacznie śpisz?

Tak to wygląda życie małego kotka. A czasami przychodzi taka dwunożna, wiesza beżową płachtę, rzuca zabawki, nęci rzemyczkami na patyczku i każe na tym bezowym siedzieć. Najlepiej w bezruchu. A jak tu się nie ruszać, kiedy można pobawić się z bratem w chowanego lub zabrać mu zabawkę?

Share

Samotny komentarz

Maj 13 2012

Późne macierzyństwo

Napisane przez w Inne

Sprawa kontrowersyjna, budząca wiele emocji wśród hodowców, niehodowców, miłośników kotów, przeciwników hodowli, jako miejsca wyzysku zwierząt i żerowania na najsilniejszym instynkcie – zachowania gatunku. Jak powtarzają hodowcy z całego świata, zawsze znajda się ludzie, którzy będą mówić, że hodujesz koty dla kasy i że to niemoralne pozwolić kotu na prokreację w późnym wieku. Pewna holenderska hodowczyni pisze tak: „Matka mojego kocura Thjazi miała 12 lat, kiedy go urodziła, a rodzice mojego drugiego kocura Rodskjegg mieli 9 lat (matka) i 10 lat (ojciec), kiedy on przyszedł na świat w miocie złożonym z 4 kociąt”. Pod koniec zeszłego roku na stronie duńskiej hodowli Felis Jubatus pojawiła się informacja, że potomstwa doczekała się najstarsza para żyjących tam kotów, blisko 12-letnia Hroken Himmebla i Eric Segersal.
Co nam daje rozmnażanie starszych kotów, a konkretnie zdrowych starszych kotów, których potomstwo w poprzednich miotach było zdrowe, których przodkowie byli zdrowi i dożyli późnego wieku? Czy daje pewność, że zawsze wszyscy ich potomkowie też będą zdrowi? Czy dzięki temu unikniemy konieczności badań? Na pewno nie. Owszem, możemy mieć prawie pewność, że nie rozwiną się choroby genetyczne dziedziczone prosto jednogenowo, ale co do innych – nigdy pewności nie mamy. Dlatego zawsze warto zrobić badanie serca, warto też w późniejszym wieku robić badania krwi. Niezbędne są badania genetyczne na GSD IV.
Dlaczego więc warto? Ponieważ jednak jest duże prawdopodobieństwo, że potomstwo z długowiecznych linii także będzie żyć długo. Poza tym możemy wiele powiedzieć o prawdopodobnym rozwoju takich kotów. A to dla hodowcy ważne.
Kolejne dzieci Milvy przyszły na świat na kilka dni przed jej 9 urodzinami i miesiąc po 7 urodzinach ich ojca, Sydneya. Tym razem Milva zaszalała z rudością, a Sydney z parciem na męskich potomków – mamy więc 3 kocurki rude i 1 czarnego. Kocięta urodziły się duże i silne, ich rozwój nie odbiega od tempa rozwoju poprzednich miotów (poza późnym otwarciem oczu). W piątek skończyły 5 tygodni, od ponad tygodnia jedzą jeden stały posiłek, załatwiają się do kuwety, jak na mądre kociaki przystało. Są wesołe i silne. Umieją już bawić się piłeczkami, myszkami i grzechotkami. Uprawiają też kocie zapasy. Ot, normalne kocięta. A ich matka wcale nie wygląda na zmęczoną czy wyniszczoną.
A co mogę powiedzieć o ich rozwoju? Z całą pewnością obydwa klasycznie pręgowane koty – Hugh Grant i Humphrey Bogart będą miały piękne futro. Na mój gust gładki, rudy dymny Herbert von Karajan, będzie miał zadziwiająco mocne, jak na gładkiego włosy okrywowe. Najmniej puchaty dziś jest Hugh Laurie, ale ponieważ wszystkie dzieci  tej pary kotów, które widuję, kłopotów z futrem nie ma, raczej i on mieć nie powinien. Humphery i Hugh L. będą mieli raczej małe uszy (Milva tak mocno niesie tę cechę, nie wiadomo po kim i dlaczego), pozostała dwójka jak najbardziej prawidłowe, bez żadnych ekstremów w typie szwedzkim. Co poza tym? Z pewnością kocury będą duże i mocnej budowy – nawet te, które odziedziczyły długość i wysokość po ojcu, będą od niego mocniej zbudowane. Na pewno wszystkie będą mruczeć, na pewno też będą mieć szalone pomysły i lubić ganianki. Ach, i większość będzie miała cudowne pędzelki na uszach. Czy dla tych cech warto rozmnażać starsze koty? Ja myślę, że tak, zwłaszcza, że Milvy przodkowie (poza ojcem, który odszedł w wieku 6 lat, ale jego dzieci, o których wiem, dożywały późniejszego wieku) żyją i mają się dobrze – matka ma 11,5 roku, dziadkowie 12,5 i blisko 16. Rodzice Sydneya także żyją – ojciec ma 10,5 a matka blisko 13. Kolejne pokolenie albo jeszcze żyje, albo odeszło w podeszłym wieku.

Share

Samotny komentarz

Maj 07 2012

Zmiany

Napisane przez w Inne

Zmiany są naturalną koleją rzeczy. Cały czas świat się zmienia, dzień zamienia się w noc, noc w dzień. Zima zamienia się w wiosnę, a wiosna w lato. Zmiany są motorem rozwoju, a może to rozwój jest motorem zmian. Najczęściej zmieniamy coś wokół siebie, kiedy to, co nas otacza przestaje nam się podobać, przestaje nas satysfakcjonować, czy w końcu, przestaje spełniać nasze oczekiwania. Zmiany nadeszły niespodziewanie i, nie mogę powiedzieć, nie kłamiąc, że były moim świadomym wyborem. Wyboru dokonał ktoś inny, ja jeszcze przez jakiś czas myślałam, że zmiany nie będą radykalne. Ale niestety, a może stety to, co mnie otaczało, przestało mi się podobać, przestało spełniać moje oczekiwania, a właściwie po prostu moje oczekiwania zawiodło.

Zatem trzymajmy się tego, że zmiany są motorem rozwoju, a rozwój jest motorem zmian. Bo czasem warto stanąć na głowie, żeby spojrzeć dookoła z innej perspektywy. Nic wtedy nie wygląda tak samo i dzięki temu możemy dostrzec wiele szczegółów.

O zmianach więcej niebawem, a teraz cieszmy się wiosną, która zamieniła się miejscami z latem. Cieszmy się latem więc, które buchnęło feerią barw i kolorów. Zapachów, pyłków, burz, grzmotów i rzęsistych deszczy. A z wiosną w naszym domu pojawiło się czerech wesołych chłopców, którzy z dnia na dzień zmieniają się i rozwijają. Więcej informacji niebawem na stronie z kociętami.

Share

Bez komentarzy

« Prev - Next »